POSTACIE Strona głóna

czwartek, 25 lutego 2016

33. LOS ANGELES

27 listopad 2006
Budzę się wtulona w Jareda. Spoglądam na jego twarz, na której jest widoczny delikatny uśmiech. Nie chcąc go obudzić, najciszej jak się da, wstaje z łóżka i po porannej toalecie, ubieram się w najzwyklejsze dżinsy i pierwszą, lepszą koszulkę. Schodzę do salonu i pierwsze co rzuca mi się w oczy, to śpiący muzycy, leżący na białym, puchatym dywanie. Unoszę kąciki ust w górę i przechodzę do kuchni. Po kilkuminutowych poszukiwaniach, na blacie ustawiam wszystkie potrzebne rzeczy do zrobienia naleśników. Po niecałych pół godzinach kładę na stole, przygotowane danie, gdy do pomieszczenia wchodzi Jared.
-Dlaczego mi uciekłaś?- Pyta, przyciągając mnie do siebie. Kładzie dłoń na policzku i kciukiem zaczyna go gładzić.
-Zrobiłam śniadanie.- Odpowiadam, wyplątując się z jego uścisku.- Kawa?
-Poproszę.- Mężczyzna opiera się o blat, a ja nastawiam wodę.
-Mógłbyś zawołać wszystkich na posiłek?- Zwracam się do niebieskookiego, a on unosi prawą brew w górę i wskazuje na zegar. Jest za pięć ósma.- O cholercia.- Mruczę.- Ja naprawdę tak wcześnie wstałam?
-Na to wygląda.- Uśmiecha się lekko i podchodzi do stołu, skąd zabiera naleśnika. Odwracam się do niego plecami i zalewam wrzątkiem kubki z mielonymi ziarnami.- Jakie mamy plany na dziś?- Odzywa się. Czuję jego oddech na szyi.
-Ja jestem umówiona z Henrym na 12 w kawiarni.
-W takim razie, odwiozę cię, jadąc do wytwórni.- Całuje mnie niżej ucha, a dłonie kładzie na mojej talii.
-Długo ci tam zajmie?- Odwracam się przodem do niego i wtulam w jego tors.
-Postaram się to pozałatwiać jak najszybciej, ale nic nie obiecuje.- Tym razem jego usta stykają się z moim policzkiem, po czym mnie puszcza. Łapie kubki z kawą jedną ręką, a drugą łączy nasze palce i ciągnie do ogrodu. Siadamy przy szklanym stoliku. Wyciągam się na krześle, delektując się porannym słońcem.- Lee?
-Tak?- Spoglądam na niego i zauważam, że jest podenerwowany.- Coś się stało?
-Wiem, że dopiero co skończyliśmy trasę, ale chyba pod koniec stycznia zaczniemy kolejną.- Mężczyzna spuszcza głowę, a ja przenoszę się na jego kolana.
-No i? To twoja praca.- Mówię, głaskając go po policzku, aż w końcu spogląda w moje oczy.
-Myślałem, że będziesz zła.- Cmokam go w usta.
-Nic dobrego nie przychodzi z twojego myślenia.- Mruczę, a ten dźga mnie w żebra. Piszczę cicho, dzięki czemu na jego twarzy znów pojawia się uśmiech.- A gdzie będziecie grać?- Pytam z ciekawością.
-Dzisiaj właśnie muszę wszystko zatwierdzić. Chcemy pożegnać Matta na koncercie w El Paso.- Z sekundy na sekundę, jego humor się poprawia.
-A ile ona potrwa?- Nawijam na palec kosmyk jego włosów.
-Myślałem o czerwcu 2008, ale na samym początku chcemy zrobić sześć koncertów w tydzień, a potem przez dwa tygodnie wrócić do domu. Nie chcę cię na długo zostawiać samej.- Tym razem to on głaska mnie po policzku, a na moich ustach pojawia się uśmiech. To miłe, że o mnie pomyślał.- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zaczniemy trasę w Europie.
-Jared?- Dociera do nas głos Australijki. Odwracam się i dostrzegam ją na balkonie na piętrze.- Myślałam, że plany odnośnie trasy są tajemnicą.- Blondynka opiera się o barierkę. Wracam spojrzeniem do bruneta i obserwuje jak na jego twarzy pojawia się przepraszający uśmiech.- Już dawno powinnam była rzucić tą prace.- Mruczy, ale i tak wszystko słyszymy.
-Wspominałem, że jesteś najlepszą asystentką jaką w życiu miałem?
-Może dlatego, że jestem twoją pierwszą asystentką?- Nawet z tej odległości dostrzegam mord w jej oczach.
-Em, w kuchni jest śniadanie.- Postanawiam przerwać tą niemą wojnę.
-Dziękuję.- Uśmiecha się w moim kierunku.- Przynajmniej jedna normalna w tym domu. Nie licząc Connie, oczywiście.- Blondynka znika w budynku, a ja wstaje z kolan mężczyzny i siadam na swoim krześle. Upijam łyk kawy.
                                *                      *                      *
Mężczyzna otwiera drzwi do kawiarni i przepuszcza mnie w nich. Podchodzimy do lady i zamawiamy dwa napoje. Zajmujemy miejsce na brązowej kanapie, przy oknie.
-Która godzina?- Pytam, ściągając mu kaptur z głowy.  
-Za pięć dwunasta.- Kładę głowę na jego torsie i wdycham jego zapach. Zapach, który chyba na zawsze będzie mi się kojarzył z prawdziwym domem. Niebieskooki gładzi mnie delikatnie po ramieniu, a ja przymykam powieki.- Lee?- Szepcze.
-Tak?- Odpowiadam, równie cicho jak on.
-Myślisz, że byłbym dobrym ojcem?- Otwieram jedno oko, zastanawiając się jak mam odpowiedzieć. Ale przypominam sobie z jakim zaangażowaniem i pasją opiekuje się Annabeth i wiem, że mogę powiedzieć tylko jedno.
-Byłbyś wspaniałym ojcem.- Uśmiecham się lekko, a kelnerka stawia na stole nasze zamówienia. Kawę dla mnie, herbatę dla niego.
-Chciałabyś mieć dzieci? Nie mówię, że teraz, ale kiedyś.-Wtulam się w jego ciało.
-Z tobą, tak.- Mówię szczerze, mimo, że nigdy o tym nie myślałam. Czuję jak składa na moim czole całusa, po czym słyszę pukanie. Otwieram oczy, a za szybą dostrzegam Henrego, który wywija ręką, co ma chyba wyglądać na machanie. Po chwili, siada naprzeciwko nas. Prostuje się.
-Słodko wyglądacie.- Komentuje.- Mam nadzieję, że nie czekacie długo.
-Dopiero przyszliśmy.- Odzywa się Leto, łącząc nasze palce.
-Zaraz po waszym wyjściu, rozmawiałem z Alice, ale nic to nie dało. To najbardziej uparta osoba na świecie. Na razie nie chce was widzieć.- Zaczyna dziadek, prosto z mostu, a Jay robi zszokowaną minę.- Przepraszam, że o tym mówię, ale nie lubię owijać w bawełnę. Musicie dać jej chwilę, na przemyślenie swojego zachowania. No, dobra. Kończę ten temat. Na długo przyjechaliście?- Opiera głowę dłoniach, przyglądając się nam.
-Za tydzień wracamy do Nowego Yorku.- Odpowiadam, upijając łyk kawy.
-Tak krótko? Ale mam nadzieję, że chociaż się jeszcze zobaczymy, przed wyjazdem.- Mężczyzna marszczy nos, a ja uśmiecham się. Brakowało mi go.
-No raczej.
-Planujemy przyjechać jeszcze na święta.- Dodaje Jared, pijąc herbatę.- No i zapraszamy do nas.
-Kiedyś na pewno skorzystam.- Odpowiada, w momencie, gdy z mojej kieszeni zaczyna wydobywać się „Highway to hell”. Wyciągam telefon i odbieram, bez wcześniejszego spoglądania na ekran.
-Halo?- Mówię.
-Powiedz Głąbowi, żeby się pośpieszył.- Odzywa się Shan po drugiej stronie.- Czekam już pod wytwórnią.- Rozłącza się, nie czekając na moją odpowiedz.
-Kto to?- Mężczyźni spoglądają na mnie z zaciekawieniem.
-Shannon. Jest już na miejscu.- Niebieskooki zrywa się i wykrzywia twarz.
-Całkiem o nim zapomniałem.- Mruczy, nachylając się i całując mnie na pożegnanie.- Wpadnę potem po ciebie. Do zobaczenia, Henry.- Macha jeszcze do dziadka i wychodzi z kawiarni, a ja przyglądam się jak znika w tłumie ludzi.
-Jesteście dla siebie stworzeni.- Spoglądam na ciemnookiego. Uśmiecham się.
-Brakowało mi ciebie. Żałuję, że wcześniej cię nie odwiedziłam, ale bałam się tu wracać.- Dopijam mój napój do końca.
-Rozumiem cię. Nic się nie stało, Maleńka.- Unosi kąciki ust w górę.- Widać, że się kochacie.- Czuję jak na moich policzkach pojawiają się rumieńce. Nagle obok nas pojawia się kelnerka z kawą na wynos dla dziadka.- Dziękuję.- Kobieta odchodzi, a on wstaje.- No, zbieraj się. Idziemy na spacer.- Podania mnie ruchem dłoni. Z ociąganiem podnoszę się z wygodnej sofy. Wychodzimy z kawiarenki.
-Henry, ale gdzie idziemy?- Pytam, próbując nadążyć za nim.
-Do parku. Jak za starych, dobrych czasów.
                                *                      *                      *
Śmieję się z kolejnej opowieści dziadka, gdy z mojego telefonu zaczyna wydobywać się „Highway to hell”. Brązowooki zaczyna się śmiać, podczas gdy ja wyciągam z kieszeni komórkę.
-Nie zmieniłaś?- Komentuje.
-Żartujesz?-Spoglądam na ekran i uśmiecham się widząc kto dzwoni. Odbieram.- Tak?
-Cześć, Aniołku. Ja już skończyłem. Mam po ciebie przyjść?
-No raczej, nie inaczej.- Po drugiej stronie, niebieskooki wybucha śmiechem.
-Nadal jesteście w tej kawiarni?- Pyta, a ja rozglądam się dookoła.
-Nie do końca. Siedzimy na ławce w parku niedaleko. Obok fontanny.- Dziadek przygląda mi się z uwagą. Niemo wypowiada jedno słowo, a mianowicie „Jared?”. Kiwam głową potwierdzając, a ten z uśmiechem na ustach, rozkłada się wygodniej na ławce.
-W takim razie będę za kilka minut. Tylko nie ruszajcie się z miejsca. Kocham cię.- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej.
-Ja ciebie też.- Rozłączam się.
-Mhm… A cóż to za wyznania przez telefon?- Mężczyzna siedzący obok mnie zaczyna się chichrać, a ja dźgam do w żebra.- No dobra, już przestaję.- Mówi.- Tak, jak już mówiłem, jesteście dla siebie stworzeni. To widać. A właśnie. Zanim zapomnę. Kiedy mogę się was spodziewać w grudniu?
-Szczerzę, jeszcze tego do końca nie planowaliśmy. Jedyne co wiem, to, to, że na pewno spędzimy tu święta, ale nic poza tym. Może Jared coś  wymyślił, ale na razie niczym takim się ze mną nie podzielił. Na pewno, jak się już czegoś konkretnego dowiem, od razu ci o tym powiem.- Nagle ktoś zasłania mi oczy.
-Jay, pokaż się.- Łapię mężczyznę za nadgarstki i ściągam jego dłonie. Kładzie głowę na moim ramieniu i całuje mnie w policzek.- Co tak szybko?
-Tak naprawdę, gdy dzwoniłem stałem już pod kawiarnią.- Uśmiecha się i siada obok mnie.
-Pozałatwiałeś wszystko?- Niebieskooki łączy nasze palce, a na twarzy Henrego dostrzegam szeroki uśmiech.
-Tak. I mam wstępny plan jak będzie wyglądała cała trasa. Łącznie z miastami, które odwiedzimy. Ale o tym potem. Henry, co tak cicho siedzisz?- Wokalista nachyla się i przygląda mojemu dziadkowi. Siedzę między nimi, więc on również się nachyla.
-Tak sobie myślę. Może się jeszcze przejdziemy?
                                *                      *                      *
Całuję mężczyznę i ciągnę do środka. Podchodzimy do baru, za którym stoi wysoki blondyn. Gdy tylko widzi mojego chłopaka, robi zdziwioną minę.
-Jared? Co ty tutaj robisz?- Uśmiecham się delikatnie, nadal wtulona w jego rękaw. Jestem ciekawa ile czasu zajmie mu rozpoznanie mnie.
-Przyjechałem i chciałem was odwiedzić.- Mówi niebieskooki.- Przyprowadziłem ze sobą dziewczynę.- Wychylam się, a na twarzy barmana pojawia się zdziwienie, zmieszane z zaskoczeniem.
-Olivia? Kiedy wróciłaś?- Jednym zwinnym ruchem przeskakuje dzielącą nas ladę i zamyka mnie w szczelnym uścisku. Doskonale pamiętam jak uczył się tego skoku i ile przy tym upadków zaliczył.- Czekaj, czekaj, wy jesteście razem?- Odsuwa mnie na kilka centymetrów i przygląda dokładnie. Kiwam głową, potwierdzając.- Od początku powtarzałem, że mu się spodobałaś. Przy waszym pierwszym spotkaniu.
-Pamiętasz je?- Dziwię się, uwalniając z jego uścisku.
-Jak mógłbym zapomnieć. Dałaś mi wtedy „Diamond Dogs” Davida Bowie.- Szczerzy ząbki.- Od kiedy jesteście razem?
-Gdybyś oglądał telewizor, albo chociaż czytał gazety, to byś wiedział.- Jay obejmuje mnie w talii, a ja całuje go w policzek. Blondyn wraca na swoje poprzednie miejsce w ten sam sposób, w jaki znalazł się obok nas.
-Czepiacie się.- Mruczy.
-Patrick, jest Jake?- Pytam, chcąc wreszcie spotkać się z moim niedoszłym ojczymem.
-Przyjdzie za chwile. Wyszedł na dziesięć minut coś załatwić.
-A o której wyszedł?- Unoszę kąciki ust w górę. Zajmujemy miejsce na stołkach.
-Półtorej godziny temu.- Chichotam, gdy na głowie blondyna ląduje biała ścierka.
-Durniu, pracuj, a nie plotkuj.- Wychylam się zza Jareda i dostrzegam dokładną kopię Pata, stojącą pięć metrów od nas.
-Ty widzisz kto nas odwiedził?- Barman wskazuje na nas, a ja w ostatniej chwili chowam się za Jayem.
-Leto? Co tu robisz?- Uśmiecham się szeroko, a mój facet spogląda na mnie, po czym odwraca się do Jake.
-Odwiedzam starych znajomych.- Brunet wstaje i podchodzi przywitać się z blondynem, który podobnie jak jego o kilka minut młodszy brat, mnie nie zauważył.- I kogoś ze sobą przyprowadziłem.- Macham w ich kierunku, obserwując jego minę.
-Lee!- Biegnie w moim kierunku i obejmuje mnie.- Tęskniłem za tobą.- Dodaje, całując mnie w policzek.
-Wiem, ja też za tobą tęskniłam.
-Czekaj, czy to jest ten twój kochaś?- Wskazuje na niebieskookiego, a ja wzruszam ramionami w jego kierunku.
-Na to wygląda. – Mruczy, mój „kochaś”, a starszy Foley poważnieje.
-Skoro umawiasz się z Olivią, którą traktuję jak córkę, to chcę żebyś wiedział, że jeśli choć jeden włos spadnie jej z głowy, to pożałujesz, rozumiesz?- Wzdycham, odwracając się do blondyna za barem.
-No nie wierzę. Wczoraj Henry, dzisiaj on. Jared doskonale zna moja instrukcje obsługi.- Opieram głowę na dłoniach i przypatruje się Patrickowi.
-Myślę, że oni mu grożą tylko dlatego, że jesteś dla nich ważna.- Odwraca głowę w ich kierunku i mruży oczy.- A tak poza tym, Leto, miej się na baczności.- Moją głowa opada z bezsilności na blat.
-Idioci. Żyję z idiotami.- Mruczę.- Ja to wiedziałam od zawsze.

-No, nie przesadzaj.- Odzywają się na raz, po czym wybuchają śmiechem, a ja kiwam głową z politowaniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz