25 grudzień 2006
Przyglądam się braciom Leto, którzy nie mogą
już usiedzieć na miejscu. Młodszy z nich łączy nasze palce. Uśmiecham
się, gdy z ust Constance pada jedno zdanie.
-No dobrze, możecie
otwierać prezenty.- Na moje nieszczęście Jared ciągnie mnie w stronę
naszej nielegalnej choince. Chłopaki padają na dywan, a ja zatrzymuję
się przed nimi. Wypuszczam powietrze z ulgą i odwracam się w stronę
blondynki, która chichra się przy stole. Wywracam oczami, po czym wracam
wzrokiem do mężczyzn, którzy zrywają papier z pakunków.
-Czy to jest to o czym myślę?- Shan podnosi się i spogląda wprost w moje oczy.
-Jeśli myślisz o tym co ja, to tak.- Mówię, a ten zamyka mnie w szczelnym uścisku i w dodatku bardzo mocnym uścisku.
-Uwielbiam cię!- Krzyczy mi do ucha, a ja podskakuję z zaskoczenia. Puszcza mnie i biegnie prosto do kuchni.
-Connie,
ty też chodź po prezenty.- Mówię, przywołując ją do nas. Kobieta wstaje
z krzesła, a po chwili, razem ze mną, siada pod choinką. Spoglądam na
Jareda, który nadal mocuje się z opakowaniem.- Pomóc ci?- Pytam, a ten z
cierpiącą miną podaje mi paczkę. Szybkim ruchem otwieram ją, a on
automatycznie mi go zabiera i przytula do swojego ciała. Kręcę głową z
politowaniem, dostrzegając, że ten dorosły facet, w środku jest tak
naprawdę bezbronnym chłopczykiem. I okazuje to tylko swoim najbliższym.
Blondynka podaje mi pakunek z moim imieniem. Uważając, żeby nie podrzeć
papieru, ściągam go, a moim oczom ukazuję się zestaw złożony ze
skarpetek, spodni i koszulki z zielonymi Marsjanami, które mają głowy
chłopaków z zespołu. Parskam śmiechem, zgadując, że to pomysł Shannona.
-Oh, widzę, że mamy to samo.- Odwracam się do blondynki.- To
pewnie od Shanniego.- Przekręcam się na drugą stronę, chcąc zobaczyć
reakcje Jareda na prezent ode mnie, ale jego już nie ma.
-Gdzie
Jay? Przed momentem tu jeszcze był.- Podnoszę się i zaglądam do kuchni,
gdzie starszy Leto robi sobie wypasioną kawę. Po sprawdzeniu całego
parteru kieruję się na piętro.- Jared?- Wołam, jednak nikt mi nie
odpowiada. Wchodzę do sypialni. Na środku pomieszczenia stoi mężczyzna
ubrany w dresy w mikołaje i renifery, na co zakłada strój Mikołaja. Na
włosy ma zarzuconą czapkę z białym pomponem.- Co robisz?- Pytam,
opierając się o framugę drzwi. Brunet na moje słowa podskakuje ze
strachu, po czym odwraca w moim kierunku. Na jego uśmiech pojawia się
wielki uśmiech.
-Mierzę mój strój.- Odpowiada, naciągając do końca
spodnie. Podchodzi do mnie i cmoka w nos.- To od ciebie, prawda?-
Upewnia się, trzymając moje policzki w swoich dłoniach. Kiwam lekko
głową, potwierdzając. Zamyka mnie w uścisku.- Dziękuję. A podoba ci się
prezent ode mnie?- Szepcze, kładąc głowę na moim ramieniu.
-Jeszcze
go nie otworzyłam.- Przyznaję, a on się zrywa i ciągnie mnie na dół.
Constance odwraca się w naszą stronę i wybucha śmiechem, widząc strój
swojego młodszego syna.
-Zostałeś Mikołajem.- Komentuje, gdy z
powrotem zajmujemy miejsca pod choinką.- Tylko brody ci brakuje.-
Dodaje, gdy mężczyzna podaje mi malutki pakunek. Otwieram pudełeczko, a
moim oczom ukazuje się cienka, srebrna bransoletka z malutką nutką.
-Pomyślałem, że będzie ci przypominać o mnie, gdy będę w trasie.- Mruczy, a ja wtulam się w jego ciało.
-Jest piękna, dziękuję.- Próbuję ją założyć, ale nie bardzo mi się tu udaje.
-Pomogę
ci.- Oznajmia i z łatwością zapina ją na moim nadgarstku.- Dobra, dawać
mi resztę prezentów!- Do pomieszczenia wchodzi Shannon z dwoma kubkami.
-Olivia,
zrobiłem ci kawę.- Zwraca się do mnie z wielkim uśmiechem. Odkłada
naczynia na stolik i zajmuje miejsce obok nas. Jared otwiera paczkę i
wyciąga taki sam zestaw jak ja i Connie.
-Bro, lepszego pomysłu
nie było?- Uśmiecha się, a ja otwieram kolejny prezent. Z papieru
wyjmuje sześciopak piwa. Spoglądam starszego z braci, a ten mruga do
mnie.
* * *
Padam na łóżko i przyglądam się jak Jared
podchodzi do okna i odwraca się w moim kierunku. Uśmiecha się, a ja
zakładam ręce za głową.
-Aniele, wiesz że dzisiaj mija cztery lata, odkąd po raz pierwszy cię zobaczyłem?- Unoszę kąciki ust wyżej.
-No
tak, to było w święta.- przypominam sobie ten dzień, gdy po raz
pierwszy ich usłyszałam. Unoszę się na łokciach.- Myślę, że trzeba to
uczcić…- Mruczę, a ten odpycha się od parapetu i powolutku idzie w moją
stronę. Zagryzam wargę.-… Ale pierwsze chodźmy na spacer.- Mężczyzna
zatrzymuję się w połowie drogi i mruży oczy. Wstaję z łóżka i z szafy
wyciągam dżinsy, koszulkę i bluzę Jareda. Przebieram się, a ten ciągle
przygląda mi się.- No co się tak patrzysz? Ubieraj się.- Zawieszam na
szyi lustrzankę i wychodzę na balkon, czekając na Leto. Po chwili
wychodzi do mnie. Łączę nasze palce i ciągnę go na parter. Przed
wyjściem z domu, łapię kluczyki do jeepa.
-Myślałem, że to miał być spacer.- Otwieram samochód i siadam za kierownicą, odkładając aparat do schowka.
-Też
tak myślałam, ale chciałabym cię gdzieś zabrać. Myślałam, żeby tam
pojechać ostatnio, ale nie byłam do końca przekonana. Teraz wiem, że
naprawdę mnie kochasz i jakoś ułożyłam sobie to w głowie, chociaż nadal
wydaje mi się to nieprawdopodobne, że ktoś taki jak ty mógł pokochać
kogoś takiego jak ja.- Brunet nachyla się i całuje mnie w policzek,
szepcząc.
-Kocham cię bardzo i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.- Uśmiecha się lekko.
-Bardzo
się cieszę. Ale chcę cię zabrać na grób mamy.- Spuszczam głowę,
zastanawiając się jak na to zareaguje.- Byłam tam tylko na pogrzebie,
zaraz potem wyjechałam i nie mam zamiaru jechać tam sama. Chciałabym,
żeby był ze mną tam ktoś, któremu na mnie zależy i chyba jesteś
najodpowiedniejszą osobą.
-Jesteś na to gotowa?- Kładzie swoją dłoń na mojej.
-Nigdy nie będę na to gotowa, ale to chyba najodpowiedniejszy moment.
-Tak,
więc prowadź.- Wzdycham z ulgą i odpalam samochód, po czym wyjeżdżam na
drogę. Około pół godziny zabiera nam dotarcie do cmentarza,
znajdującego się najbliżej mojego byłego domu. Parkuję na pustym
parkingu i biorę głęboki oddech, po czym wysiadam z samochodu. Jared
pojawia się obok mnie i łapię moją rękę. Przez moment mijamy białe
pomniki z przeróżnymi nazwiskami i dotrzeć do tego z nazwiskiem
Elizabeth Scroggs. Jakoś tak się stało, że zaraz po moim urodzeniu
postanowiła dać mi coś z ojca, a było to nazwisko. Przyglądam się
napisowi, a z moich oczy zaczynają wypływać łzy, podobnie jak podczas
moich snów z nią. Odwracam się w kierunku mężczyzny z błagającym
spojrzeniem, więc ten mnie obejmuje.
-I co teraz? Terry mówił, że to mi pomoże…- Szepczę.
-A czy Terry miał kiedyś racje? Ja na grobie ojca byłem tylko raz i zareagowałem tak samo jak ty.
* * *
Nagle
komórka leżąca na szafce wibruje i podświetla się. Delikatnie, żeby nie
obudzić Jareda, podnoszę się z łóżka i zgarniam telefon. Odblokowuję go
i czytam wiadomość: „Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. Wesołych
świąt. J.G.”. Uśmiecham się delikatnie, po czym wychodząc na balkon.
Wykręcam numer do Jacka, a ten po chwili odbiera.
-Obudziłem cię?- Zaczyna.
-Nie, nie spałam. Wesołych świąt, White. Co u ciebie?
-Mała nas zamęcza. Właśnie ją uśpiłem.- Wzdycha, a ja przechylam się na barierce.- Karen odpadła godzinę temu. A co u was?
-Prezenty.- Przyglądam się podświetlonemu napisowi Hollywood.- I byłam u mamy.
-I jak? Zgaduję, że nie najlepiej.
-Nigdy
nie lubiłam cmentarzy.- Komentuje.- No dobra, idź spać, bo znając życie
Mała jeszcze nie raz cię obudzi w nocy.- Podśmiechuję się, a on mnie
przedrzeźnia.
-No dobra, dobranoc, Lizi.
-Dobranoc, Jack.-
Rozłączam się i stoję, oddychając świeżym powietrzem, dopóki na moich
biodrach nie pojawiają się dłonie, należące do młodszego Leto. Opieram
się o jego klatkę piersiową.
-Z kim mnie zdradzasz?- Mruczy, wprost do mojego ucha.
-Z
Whitem.- Odpowiadam, przymykając powieki.- Ale z tego co wiem, to on
nawet nie ma czasu dla Karen, a co dopiero na zdradzanie jej ze mną,
więc nie musisz być zazdrosny.
-Wracajmy do łóżka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz