POSTACIE Strona głóna

czwartek, 17 marca 2016

36. PREZENTY

25 grudzień 2006
Przyglądam się braciom Leto, którzy nie mogą już usiedzieć na miejscu. Młodszy z nich łączy nasze palce. Uśmiecham się, gdy z ust Constance pada jedno zdanie.
-No dobrze, możecie otwierać prezenty.- Na moje nieszczęście Jared ciągnie mnie w stronę naszej nielegalnej choince. Chłopaki padają na dywan, a ja zatrzymuję się przed nimi. Wypuszczam powietrze z ulgą i odwracam się w stronę blondynki, która chichra się przy stole. Wywracam oczami, po czym wracam wzrokiem do mężczyzn, którzy zrywają papier z pakunków.
-Czy to jest to o czym myślę?- Shan podnosi się i spogląda wprost w moje oczy.
-Jeśli myślisz o tym co ja, to tak.- Mówię, a ten zamyka mnie w szczelnym uścisku i w dodatku bardzo mocnym uścisku.
-Uwielbiam cię!- Krzyczy mi do ucha, a ja podskakuję z zaskoczenia. Puszcza mnie i biegnie prosto do kuchni.
-Connie, ty też chodź po prezenty.- Mówię, przywołując ją do nas. Kobieta wstaje z krzesła, a po chwili, razem ze mną, siada pod choinką. Spoglądam na Jareda, który nadal mocuje się z opakowaniem.- Pomóc ci?- Pytam, a ten z cierpiącą miną podaje mi paczkę. Szybkim ruchem otwieram ją, a on automatycznie mi go zabiera i przytula do swojego ciała. Kręcę głową z politowaniem, dostrzegając, że ten dorosły facet, w środku jest tak naprawdę bezbronnym chłopczykiem. I okazuje to tylko swoim najbliższym. Blondynka podaje mi pakunek z moim imieniem. Uważając, żeby nie podrzeć papieru, ściągam go, a moim oczom ukazuję się zestaw złożony ze skarpetek, spodni i koszulki z zielonymi Marsjanami, które mają głowy chłopaków z zespołu. Parskam śmiechem, zgadując, że to pomysł Shannona.
-Oh, widzę, że mamy to samo.- Odwracam się do blondynki.- To pewnie od Shanniego.- Przekręcam się na drugą stronę, chcąc zobaczyć reakcje Jareda na prezent ode mnie, ale jego już nie ma.
-Gdzie Jay? Przed momentem tu jeszcze był.- Podnoszę się i zaglądam do kuchni, gdzie starszy Leto robi sobie wypasioną kawę. Po sprawdzeniu całego parteru kieruję się na piętro.- Jared?- Wołam, jednak nikt mi nie odpowiada. Wchodzę do sypialni. Na środku pomieszczenia stoi mężczyzna ubrany w dresy w mikołaje i renifery, na co zakłada strój Mikołaja. Na włosy ma zarzuconą czapkę z białym pomponem.- Co robisz?- Pytam, opierając się o framugę drzwi. Brunet na moje słowa podskakuje ze strachu, po czym odwraca w moim kierunku. Na jego uśmiech pojawia się wielki uśmiech.
-Mierzę mój strój.- Odpowiada, naciągając do końca spodnie. Podchodzi do mnie i cmoka w nos.- To od ciebie, prawda?- Upewnia się, trzymając moje policzki w swoich dłoniach. Kiwam lekko głową, potwierdzając. Zamyka mnie w uścisku.- Dziękuję. A podoba ci się prezent ode mnie?- Szepcze, kładąc głowę na moim ramieniu.
-Jeszcze go nie otworzyłam.- Przyznaję, a on się zrywa i ciągnie mnie na dół. Constance odwraca się w naszą stronę i wybucha śmiechem, widząc strój swojego młodszego syna.
-Zostałeś Mikołajem.- Komentuje, gdy z powrotem zajmujemy miejsca pod choinką.- Tylko brody ci brakuje.- Dodaje, gdy mężczyzna podaje mi malutki pakunek. Otwieram pudełeczko, a moim oczom ukazuje się cienka, srebrna bransoletka z malutką nutką.
-Pomyślałem, że będzie ci przypominać o mnie, gdy będę w trasie.- Mruczy, a ja wtulam się w jego ciało.
-Jest piękna, dziękuję.- Próbuję ją założyć, ale nie bardzo mi się tu udaje.
-Pomogę ci.- Oznajmia i z łatwością zapina ją na moim nadgarstku.- Dobra, dawać mi resztę prezentów!- Do pomieszczenia wchodzi Shannon z dwoma kubkami.
-Olivia, zrobiłem ci kawę.- Zwraca się do mnie z wielkim uśmiechem. Odkłada naczynia na stolik i zajmuje miejsce obok nas. Jared otwiera paczkę i wyciąga taki sam zestaw jak ja i Connie.
-Bro, lepszego pomysłu nie było?- Uśmiecha się, a ja otwieram kolejny prezent. Z papieru wyjmuje sześciopak piwa. Spoglądam starszego z braci, a ten mruga do mnie.
* * *
Padam na łóżko i przyglądam się jak Jared podchodzi do okna i odwraca się w moim kierunku. Uśmiecha się, a ja zakładam ręce za głową.
-Aniele, wiesz że dzisiaj mija cztery lata, odkąd po raz pierwszy cię zobaczyłem?- Unoszę kąciki ust wyżej.
-No tak, to było w święta.- przypominam sobie ten dzień, gdy po raz pierwszy ich usłyszałam. Unoszę się na łokciach.- Myślę, że trzeba to uczcić…- Mruczę, a ten odpycha się od parapetu i powolutku idzie w moją stronę. Zagryzam wargę.-… Ale pierwsze chodźmy na spacer.- Mężczyzna zatrzymuję się w połowie drogi i mruży oczy. Wstaję z łóżka i z szafy wyciągam dżinsy, koszulkę i bluzę Jareda. Przebieram się, a ten ciągle przygląda mi się.- No co się tak patrzysz? Ubieraj się.- Zawieszam na szyi lustrzankę i wychodzę na balkon, czekając na Leto. Po chwili wychodzi do mnie. Łączę nasze palce i ciągnę go na parter. Przed wyjściem z domu, łapię kluczyki do jeepa.
-Myślałem, że to miał być spacer.- Otwieram samochód i siadam za kierownicą, odkładając aparat do schowka.
-Też tak myślałam, ale chciałabym cię gdzieś zabrać. Myślałam, żeby tam pojechać ostatnio, ale nie byłam do końca przekonana. Teraz wiem, że naprawdę mnie kochasz i jakoś ułożyłam sobie to w głowie, chociaż nadal wydaje mi się to nieprawdopodobne, że ktoś taki jak ty mógł pokochać kogoś takiego jak ja.- Brunet nachyla się i całuje mnie w policzek, szepcząc.
-Kocham cię bardzo i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.- Uśmiecha się lekko.
-Bardzo się cieszę. Ale chcę cię zabrać na grób mamy.- Spuszczam głowę, zastanawiając się jak na to zareaguje.- Byłam tam tylko na pogrzebie, zaraz potem wyjechałam i nie mam zamiaru jechać tam sama. Chciałabym, żeby był ze mną tam ktoś, któremu na mnie zależy i chyba jesteś najodpowiedniejszą osobą.
-Jesteś na to gotowa?- Kładzie swoją dłoń na mojej.
-Nigdy nie będę na to gotowa, ale to chyba najodpowiedniejszy moment.
-Tak, więc prowadź.- Wzdycham z ulgą i odpalam samochód, po czym wyjeżdżam na drogę. Około pół godziny zabiera nam dotarcie do cmentarza, znajdującego się najbliżej mojego byłego domu. Parkuję na pustym parkingu i biorę głęboki oddech, po czym wysiadam z samochodu. Jared pojawia się obok mnie i łapię moją rękę. Przez moment mijamy białe pomniki z przeróżnymi nazwiskami i dotrzeć do tego z nazwiskiem Elizabeth Scroggs. Jakoś tak się stało, że zaraz po moim urodzeniu postanowiła dać mi coś z ojca, a było to nazwisko. Przyglądam się napisowi, a z moich oczy zaczynają wypływać łzy, podobnie jak podczas moich snów z nią. Odwracam się w kierunku mężczyzny z błagającym spojrzeniem, więc ten mnie obejmuje.
-I co teraz? Terry mówił, że to mi pomoże…- Szepczę.
-A czy Terry miał kiedyś racje? Ja na grobie ojca byłem tylko raz i zareagowałem tak samo jak ty.
* * *
Nagle komórka leżąca na szafce wibruje i podświetla się. Delikatnie, żeby nie obudzić Jareda, podnoszę się z łóżka i zgarniam telefon. Odblokowuję go i czytam wiadomość: „Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. Wesołych świąt. J.G.”. Uśmiecham się delikatnie, po czym wychodząc na balkon. Wykręcam numer do Jacka, a ten po chwili odbiera.
-Obudziłem cię?- Zaczyna.
-Nie, nie spałam. Wesołych świąt, White. Co u ciebie?
-Mała nas zamęcza. Właśnie ją uśpiłem.- Wzdycha, a ja przechylam się na barierce.- Karen odpadła godzinę temu. A co u was?
-Prezenty.- Przyglądam się podświetlonemu napisowi Hollywood.- I byłam u mamy.
-I jak? Zgaduję, że nie najlepiej.
-Nigdy nie lubiłam cmentarzy.- Komentuje.- No dobra, idź spać, bo znając życie Mała jeszcze nie raz cię obudzi w nocy.- Podśmiechuję się, a on mnie przedrzeźnia.
-No dobra, dobranoc, Lizi.
-Dobranoc, Jack.- Rozłączam się i stoję, oddychając świeżym powietrzem, dopóki na moich biodrach nie pojawiają się dłonie, należące do młodszego Leto. Opieram się o jego klatkę piersiową.
-Z kim mnie zdradzasz?- Mruczy, wprost do mojego ucha.
-Z Whitem.- Odpowiadam, przymykając powieki.- Ale z tego co wiem, to on nawet nie ma czasu dla Karen, a co dopiero na zdradzanie jej ze mną, więc nie musisz być zazdrosny.
-Wracajmy do łóżka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz