POSTACIE Strona głóna

czwartek, 10 marca 2016

35. CHOINKA

22 grudzień 2006
Budzę się, gdy promienie słoneczne świecą mi prosto w twarz. Najśmieszniejsze jest to, że wczoraj wieczorem jeszcze rzucaliśmy się przed lotniskiem śnieżkami w Nowym Yorku, a dzisiaj jesteśmy już tutaj, w słonecznej Kalifornii. Mało brakowało, a w ogóle byśmy nie wylecieli z powodu warunków pogodowych. Próbuję się ruszyć, ale przeszkadza mi Jared wtulony w mój brzuch. Opadam z powrotem na poduszkę i przymykam powieki, jednak nie na długo, bo kilka minut później do pokoju wpada Shannon.
-Cześć, przyszła bratowa.- Rzuca, siadając w nogach łóżka. Unoszę prawą brew w górę, przyglądając mu się z uwagą.
-Czy ja o czymś nie wiem?
-Wiesz o wszystkim, co trzeba. Ale myślę, że skoro już wolisz tego kretyna ode mnie, to on przynajmniej jakoś utrzyma cię przy sobie.- Puszcza mi oczko, po czym trąca nogą swojego brata w brzuch.
-Ej, nie bij go.- Próbuję powstrzymać perkusistę, rzucając w niego poduszką.- Co on ci takiego zrobił?
-Nic. Po prostu jest moim bratem, a rodzeństwo już tak ma.- Wzrusza ramionami.- A poza tym mama kazała was obudzić.-Dodaje.
-A od kiedy ty się jej tak słuchasz, co?- Brązowooki wystawia mi język i po raz kolejny szturcha młodszego Leto, jednak ten uparcie śpi.- Nie umiesz. Tak to się robi.- Mruczę i zaczynam głaskać wokalistę po policzku, a ten powoli otwiera powieki. Na jego ustach pojawia się uśmiech, zapewne jeszcze nieświadomy, kto siedzi za nim.
-Dzień dobry, Aniele.- Wymrukuje z poranną chrypą, podnosząc się z mojego brzucha.
-Tak, tak. Cześć, Bro.- Shannon uderza go w ramie, a ten podskakuje ze strachu.
-Co tu robisz?- Pyta, odwracając się do swojego brata, a ja wstaje z łóżka
-Przyszedłem was obudzić.- Perkusista kieruje swój wzrok na mnie.- Mmm… Jakie niesamowite nóżki.- Komentuje, za co obrywa od Jareda. A ja wystawiam mu środkowy palec i wychodzę z sypialni. Przechodzę przez korytarz i wchodzę do łazienki, gdzie zdejmuje z siebie piżamę i wchodzę do kabiny prysznicowej. Podczas, gdy mydlę swoje ciało, do pomieszczenia ktoś wchodzi. Już mam zaprotestować, gdy owa osoba się odzywa.
-Przyniosłem ci ciuchy.- Poznaję głos Jaya.- No i ręcznik.- Dodaję.- Ja idę wziąć prysznic na części Shanna.
-Dziękuję.- Odpowiadam.
Moment później drzwi się znów otwierają i zamykają, więc wnioskuję, że mężczyzna już wyszedł. Wycieram się dokładnie fioletowym, puchatym ręcznikiem, po czym ubieram bieliznę, luźną koszulkę i dżinsowe spodenki, które przyniósł mi Jared. Piżamy wrzucam z powrotem do torby i spoglądam na dokładnie posłane łóżko. Z uśmiechem na ustach, zbiegam po schodach na parter, gdzie kieruję się prosto do kuchni. Przy blacie, odwrócona do mnie tyłem, stoi matka chłopaków. Wtulam się w nią z zaskoczenia, a ta ze śmiechem, odwzajemnia uścisk.
-Dobrze cię widzieć, Connie.- Mówię, a ta całuje mnie w głowę. W nocy, gdy Shan nas przywiózł z lotniska, ona już spała, więc nie chcieliśmy jej budzić.
-Ciebie też. Nie mogłam się was już doczekać.- Puszcza mnie i wskazuje na drewniany stół.- Zrobiłam wam sałatkę owocową i kawę, więc siadaj i się częstuj.
-A ty nie zjesz z nami?- Pytam, widząc tylko dwa talarze. Zajmuję miejsce z idealnym widokiem na ogród.
-Troszkę podjadłam robiąc ją, więc już nie jestem głodna.- Uśmiecha się pogodnie.- Mam nadzieję, że Shannon zbyt gwałtownie was nie obudził.
-Już nie spałam. Za to Jared doznał szoku- Śmieję się, a do środka wchodzi mężczyzna z czerwonymi końcówkami.
-Witam, piękne panie.- Unosi wysoko kąciki ust i obejmuje swoją rodzicielkę.- Część mamo. Dobrze cię widzieć.- Blondynka zaczyna się śmiać.- O co chodzi?- Niebieskooki się dziwi, a ona całuje go we włosy, podobnie jak mnie moment wcześniej.
-Olivia powiedziała mi to samo. A teraz smacznego.- Popycha go w moim kierunku. Leto nachyla się i cmoka mnie w usta i zajmuje miejsce obok mnie.- Jak wam minęła podróż?- Constance siada naprzeciwko swojego syna i upija łyk kawy.
-Ja cały lot przespałam.- Odpowiadam, wsadzając do buzi kawałek banana.
-Ja też i chyba od tej pory będę latał nocą.- Do kuchni wchodzi Shannon. Opiera się o blat i krzyżuję ręce na klatce piersiowej.
-Jay, mam do ciebie sprawę, bardzo ważną w dodatku.- Zaczyna z powagą.- Chodzi o szczegóły dotyczące trasy koncertowej. Dwa podpunkty mi się nie zgadzają. Dokładniej piąty i czwarty.- Zaczyna, a Constance podnosi się ze swojego dotychczasowego miejsca.
-Święta nadchodzą dzieciaki, a wy tylko myślicie o trasie.- Kręci głową z politowaniem.- Jeśli zamierzacie o niej rozmawiać, to ja wychodzę.- Kobieta znika, a na twarzy Shana pojawia się wielki uśmiech. Przechodzi na byłe miejsce swojej mamy i zabiera mój kubek z kawą. Mrożę go wzrokiem, a ten tylko wzrusza ramionami. Przenoszę wzrok na ogród, do którego właśnie weszła blondynka.
-Trzeba się zastanowić nad prezentem.- Kontynuuje starszy Leto, a ja powoli głupieję. Przed momentem mówił o trasie. Przyglądam im się kolejno, a ciemnooki macha ręką, wyjaśniając.- Mama ma jutro urodziny.
-I wy mi to dopiero teraz mówicie?- Przez moją głowę przelatuje milion pomysłów na minutę, na prezent dla Connie.- Jay, dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?
-Bo my kupujemy jej jeden prezent na święta i urodziny.- Mężczyzna nachyla się i całuje mnie w czoło.- A widziałem jak pakowałaś coś dla niej.
-Mimo wszystko, powinieneś mi powiedzieć.- Zabieram kawę Jareda i wypijam ją do dna. W zasadzie on i tak woli herbatę. Uśmiecham się do niego, odstawiając kubek.
-I teraz ja powinienem zabrać kawę Shannonowi, jednak ten takowej już nie posiada.- Mruczy, a my się śmiejemy.
-No dobra. Nie zmieniać tematu!- Upomina nas perkusista, przybierając srogą minę.- Przejdźmy może do konkretów. Co jej damy?
-Terry przysłał nam kilka butelek francuskiego wina. Bardzo dobrego zresztą.- Mówiąc to, młodszy Leto kładzie dłoń na moim kolanie, a ja chcąc nie chcąc przypominam sobie kilka wyśmienitych wieczorów, spędzonych z niebieskookim i winkiem.
-Czyli mam rozumieć, że przyleciały tu razem z wami?- Kiwamy głową potwierdzając.- W takim razie wino i…- Urywa, czekając aż skończymy. Splata swoje palce i przygląda nam z uwagą.
-Ty nie patrz tak na nas, tylko myśl.- Odburkuje Jared, zabierając rękę z mojej nogi, by dokończyć posiłek.
-Kupiłam jej pod choinkę książkę kucharską.- Zaczynam.- Z przepisami na dania wegańskie.
-Widzisz, tak się przestraszyłaś, a masz najlepszy prezent.- Ciemnooki drapie się po głowie.
-Ale on jest na święta, a nie na urodziny.- Protestuję, zbierając naczynia. Podchodzę z nimi do zlewu i odkręcam kran.
-Olivierze, co ty robisz?- Perkusista pojawia się obok mnie.
-Zmywam, a co? I nie nazywaj mnie tak.- Chlapię go i łapię w ręce biały talerz, który po chwili mu podaje.- Wytrzyj go.- Mówię.
-Ale ty tu jesteś gościem, moja droga. To ten kretyn powinien to robić.- Wskazuje na niebieskookiego, który pojawia się po mojej drugiej stronie.
-Nie gadaj, tylko wycieraj.- Wręczam mu kolejne naczynie i uśmiecham się promieniście. Następną rzecz podaję już Jayowi, który przyjmuje ją bez sprzeciwu. I tak na zmianę, aż zlew zostaje pusty.- Dziękuję za pomoc.- Wycieram ręce w ręcznik.- Właśnie, Shan, mądralo, nas wypytujesz o prezent, a sam co kupiłeś?- Wyskakuję na blat i obserwuje jak Jared rozstawia po szafkach suche kubki i talerze.
-Tu się właśnie pojawia problem, bo nie wpadłem na odpowiedni pomysł i na to wyszło, iż zostałem z niczym.- Mężczyzna zajmuje miejsce po mojej lewej stronie.- Macie jakieś plany na dzisiaj?
-Chyba nie.- Odpowiadam.- Chyba, że ty coś wymyśliłeś.- Zwracam się do mojego chłopaka.
-Niestety, ale może chcesz się spotkać z Henrym, albo Foleyami.- Proponuje, siadając po mojej prawicy, po czym łączy nasze palce.
-A ty nie chcesz spotkać się z jakimiś znajomymi?- Opieram głowę na jego ramieniu.
-Nie mam kogo, bo wszyscy spędzając święta z rodziną.- Uśmiecha się lekko, a mi do głowy przychodzi pewna myśl.
-Chłopaki, czy my tak właściwie mamy choinkę?- Pytam, a Shannon się krzywi.
-Wiedziałem, że o czymś zapomniałem.- Perkusista zeskakuje z szafki.- W takim razie mamy już plany. Jedziemy po świąteczne drzewko!

*                     *                      *
Rozglądam się po placu, szukając braci Leto. Wokół mnie nie ma ani jednej żywej duszy. Ze spodenek wyciągam komórkę, chcąc zatelefonować do jednego ze zgub, jednak za choinką zauważam głowę starszego z nich.
-Gdzie wy się szlajacie?- Pytam, gdy podchodzi bliżej.
-Jay poszedł spytać o cenę drzewek.- Odpowiada przeczesując włosy palcami. – Ty jesteś z nim tak na poważnie?- Unoszę prawą brew w górę.
-A toś pytanie strzelił.- Mruczę.
-Nie żeby coś, ale martwię się o niego. A wygląda na to, że zaangażował się w ten związek. Przedstawił cię mamie, co jest prawdziwą nowością. No i chyba miałaś jechać z nami do Chin, prawda? Właśnie, dlaczego nie pojechałaś?
-Bo jestem głupia.- Mrużę oczy, przyglądając mu się.- Przeziębiłam się. Nie wypiłam jednej durnej herbaty, którą zrobił i stało się tak jak przewidywał. Wy nagrywaliście, a ja umierałam w Nowym Yorku. I tak, jestem z nim na poważnie.
-W takim razie mam dla ciebie wyzwanie. A właściwie, będzie to tak jakby zakład.
-Co ty odwalasz, Leto?
-Nic.- Wzrusza ramionami.- Po prostu chcę, żebyś ignorowała Jay’a do północy. Możesz jedynie odpowiadać na jego pytania. I nawet nie próbuj mu wspominać o tym.
-A co jeśli się nie zgodzę, albo złamię, któryś z twoich zasad?- Patrzę na niego z obojętnością wypisaną na twarzy, choć tak naprawdę podoba mi się ten pomysł.
-Kupujesz mi zgrzewkę piwa.
-A jak wygram?
-To ja ci ją kupię. Może być?
-I będziesz robić to co ci każę.- Dodaję.- Zgoda?
-No niech ci będzie.- Mruczy, w momencie gdy podchodzi do nas jego brat.- I co? Ile kosztują?
-Najtańsza 150 dolarów.- Jęczy zrezygnowany.- Jedziemy? Chyba w tym roku nie będzie choinki.- Idziemy w kierunku samochodu. Shannon siada za kierownicą jeepa, a ja na miejscu pasażera. Młodszy Leto przygląda się swojemu bratu w skupieniu, jednocześnie mrożąc go wzrokiem.
-Co tak stoisz, Bro? Zostało ci miejsce z tyłu.- Brunet wchodzi do auta z nieciekawą miną.
-Dlaczego ty prowadzisz? To mój samochód.- Jęczy z wyrzutem.
-Bo tak.- Perkusista szczerzy ząbki, wyjeżdżając z parkingu. Kieruje się w stronę miasta. Przez pierwsze dwa kilometry krajobraz się nie zmienia. Po obu stronach drogi są pola, na których rosną choinki. Całe miliony choinek. W mojej głowie pojawia się pewna myśl.
-Shan, mógłbyś się zatrzymać?- Mężczyzna zjeżdża na pobocze, a ja wysiadam z pojazdu. Podobnie jak oni. Jedyne co oddziela nas od tych zielonych drzewek, to metalowy drut. Lustruję wzrokiem najbliższa okolicę, ale jesteśmy na odludziu. W pewnym momencie Jared wydaję z siebie krzyk, jednocześnie przerażenia, jak i zaskoczenia. Zatykam usta dłonią, hamując jednocześnie masę pytań o przyczynę tego wrzasku.
-Coś ty zrobił?- Shannon jak przystało na starszego brata, od razu reaguje.
-Dotknąłem drutu.- Jęczy Jay, a ja zaczynam się śmiać.- Kopnął mnie prąd. 
-Jesteś kretynem.- Oznajmia zrezygnowany.
                                *                      *                      *                   
Zamykam drzwi od domu i wsiadam do samochodu, tym razem jego właścicielem jest Shannon. Patrzę na niego, zagryzając wargę. Oboje ubraliśmy się na czarno, chcąc zlać się z nocnym niebem. Mężczyzna odpala samochód.
-Shan, stój. To głupi pomysł.- Mówię w momencie, gdy on zamierza wyjechać z posesji.
-Olivia, nie ma głupich pomysłów. Są tylko nieprzemyślane, a ja go dokładnie przemyślałem. Jedziemy.- Brunet jedzie dalej.
-A jak ktoś nas złapie?- Pytam.
-Nikt nas nie złapie. Jak ci idzie ignorowanie Jareda?- Spoglądam na zegarek, podczas gdy na jego twarz wypływa grymas.
-Za pięć minut koniec zakładu, a ja odpowiadałam tylko na jego pytania, tak jak kazałeś.- Uśmiecham się.- To kiedy dostanę to piwo?
-W swoim czasie.- Mruczy, niezadowolony. No, cóż. Chyba nie spodziewał się takiego wyniku.
Po półgodzinnej jeździe docieramy do pola choinek, na obrzeżach miasta. Wysiadamy z samochodu i z łopatą turlamy się pod drutem, w którym płynie prąd i odchodzimy jakieś piętnaście drzewek od pojazdu. Dostrzegam dość ładnego iglaka, mniej więcej mojego wzrostu. Wskazuję go Shannonowi. Podczas gdy on wykopuję go, ja świece latarką, pod jego stopami, jednocześnie przyglądając się krajobrazowi. Na niebie zawisła połowa księżyca. Mężczyzna odstawia choinkę i zakopuje dół. Nagle po całej okolicy rozchodzi się dźwięk syreny, a na jednym z słupków miga czerwony kogut.
-O cholera.- Mruczę.- Co robimy?
-Jak to co? Zwiewamy.- Odpowiada, podnosząc drzewko. Przerzuca je nad drutem, a my przechodzimy tym samym sposobem, w jaki udało nam się tam dostać. W oddali widać już radiowóz, tylko jakim cudem on tak szybko zdołał się tu dostać. Shan wkłada drzewko do bagażnika.- Módl się, żeby go nie zauważyli.- Mruczy, a pojazd zatrzymuje się obok nas. Wysiada z niego czarnoskóry mężczyzna i blondynka, oboje są ubrani w mundur, a przy pasie mają przypiętą broń. Dłoń policjanta zsuwa się na czarny pistolet.
-Co tu robicie?- Pyta, mrużąc oczy, podczas gdy kobieta świeci nam w twarz latarką.
-Przyszliśmy liczyć choinki.- Odpowiada brunet, po czym wybuchamy śmiechem, jednak policjantom nie jest do śmiechu.
-Lekceważycie służby mundurowe, więc pójdziecie z nami.- Z mojej twarzy znika uśmiech, a pojawia się niedowierzanie. Mężczyzna zakuwa nas w kajdanki i ciągnie do radiowozu.
-Nie możecie tego zrobić.- Jęczy Shannon, próbując się przeciwstawić.- My niczego nie zrobiliśmy.
-Uwierz, możemy zatrzymać was na noc na komisariacie.
-A co z samochodem?- Pytam, poprawiając się na tylnym siedzeniu pojazdu.
-Zostanie odholowany.- Odzywa się kobieta, po raz pierwszy. Policjanci wsiadają do przodu i odjeżdżamy w kierunku miasta.
-Terry mnie zabije jak się dowie.- Mruczę, z przerażeniem.- Jared mnie zabije.- Dodaję.
-O niego się nie martw. Najpierw zabije mnie, że cię w to wciągnąłem.
-Ej, cisza tam z tyłu.- Ciemnoskóry policjant mrozi nas wzrokiem, a my momentalnie milkniemy.
Po kilkunastu minutach docieramy na komisariat. Po zdjęciach, mamy możliwość do jednego telefonu, tak więc decydujemy się zadzwonić do Jareda. Pomagam brunetowi trzymać słuchawkę, bo cały czas mamy zakute ręce.
-Jay? No wreszcie.- Odzywa się Shan.- Mógłbyś po mnie przyjechać?... Gdzie jestem? Na 4861 Venice Bled… Tak, to komisariat… Nieważne, dowiesz się jak przyjedziesz… Jest ze mną…- Mężczyzna spogląda na mnie.- Rozłączył się.- Oznajmia, a ja odstawiam telefon.
-Czyli mamy przesrane?
-Dokładnie.
-Nigdy nie byłam w więzieniu.- Oznajmiam.
-To nie więzienie, tylko areszt. Nie martw się. Jared nas uratuje.
                                *                      *                      *   
Budzi mnie dźwięk otwieranych krat. Otwieram oczy, podnosząc głowę z ramienia Shannona. Kieruje swój wzrok na policjanta, który wskazując na nas, mówi:
-Wychodzicie. Wpłacono za was kaucje.- Wstaję i razem z brunetem wychodzimy na korytarz. Na jednym z plastikowych krzesełek siedzi Jay, który zrywa się, gdy tylko nas widzi. Spuszczam wzrok na stopy, nie chcąc patrzeć mu w oczy.
-Chodźcie.- Mówi, z obojętnością w głosie. Nie czekając na nas, wychodzi z komisariatu. Ja jeszcze zatrzymuję się przy recepcji? Albo jakkolwiek to się nazywa.
-Przepraszam. Czy możemy odebrać samochód?- Pytam, a kobieta sprawdza coś na komputerze po czym podaje nam jakąś karteczkę.
-Za komisariatem jest parking. Pokażcie to policjantowi, który tam pilnuje.
-Dziękujemy.- Idziemy w kierunku, który wskazała nam kobieta, jednak w połowie drogi, słyszymy głos Jared.
-Olivia, ty jedziesz ze mną.- Spoglądam na Shannona, po czym odwracam się i idę w kierunku jeepa.
-Przepraszam.- Mówię.
-Cicho, muszę to przemyśleć.- Wsiadamy do auta. Cała droga mija w ciszy, bo boję się odezwać. Mężczyzna parkuję na podjeździe pod domem i wysiada z pojazdu. Biorę głęboki oddech i opuszczam samochód. Młodszy Leto opiera się o maskę. Staję naprzeciwko niego, a on przeczesuje czarno-czerwone włosy dłonią.- Co wyście sobie wyobrażali, co?- Pyta, nie patrząc na mnie. W tym samym momencie obok nas parkuje Shan. Po prostu wybiega z auta.
-Nie zabrali jej!- Krzyczy, a na moją twarz wkrada się uśmiecha.
-Kogo nie zabrali?- Dziwi się Jay, przyglądając się nam z uwagą.

-Choinki.- Otwieramy bagażnik i wyjmujemy drzewko, a Jared wybucha śmiechem.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz