Otwieram powieki. Leżę wtulony w
Olivię, która uśmiecha się do mnie szeroko. Odrywam się od niej i przecieram
zaspane oczy.
-Jay, wiesz co dzisiaj jest?-
Zaczyna, a udaję, że się zastanawiam.- Twoje 35 urodziny. Wszystkiego
najlepszego, Kochanie.- Obejmuje mnie i całuje. Następnie wręcza mi małe
pudełeczko. Podobne do tego, które dałem jej wczoraj.- Skoro ja dostałam
bransoletkę, która ma mi o tobie przypominać- Wykonuje kilka ruchów
nadgarstkiem.-Ty też dostałeś coś co będzie ci o mnie przypominać, jak będziesz
w trasie.-Otwieram pudełeczko i uśmiecham się widząc naszyjnik z Orbis Epsilon.
Zawieszam go od razu na szyi i przyciągam do siebie dziewczynę. Ta ze śmiechem
upada na mnie.
-Dziękuję- Całuję ją w policzek,
a w tym samym momencie drzwi do sypialni się otwierają. Spoglądam na przybysza,
którego spodziewałem się tu zobaczyć.
-Dobrze, że nie robicie czegoś
innego.- Siada w nogach łóżka, a ja odsuwam się od czarnowłosej.- Oj Jaredzik,
Jaredzik, starzejesz się chłopie.- Mrużę oczy, a ten wybucha śmiechem.- No, ale
i tak jestem od ciebie starszy, więc się nie martw. No to tak, życzę ci dużo
zdrowia…- Wymienia, licząc na palcach.- Szczęścia z Olivią, chociaż
podejrzewam, że ona byłaby o wiele szczęśliwsza ze mną.- Puszcza jej oczko, a
zielonooka wtula się we mnie.- Czyli mam rozumieć, że wolisz jego. No, dobra.
Kto jak woli. Miłość masz, więc to tyle. I mój prezent.- Rzucam mi brelok.
Zielonego Marsjanina z moją głową. Olivia po raz kolejny wybucha śmiechem, a ja
przyglądam się z uwagą bratu.- Co się tak na mnie gapisz?
-To ja?
-No tak, a co?- Dziwi się.
-To na gaciach i bluzach też ja?-
Dopytuję.
-Nie bądź egoistą. Ja też tam
jestem. No i Tomo i Matt.- Uśmiecha się szeroko.
-Shan, wiem, że są urodziny
Jareda, ale masz ich więcej?- Richarson wskazuje na mój prezent, ciągle się
chichrając. Spoglądam na nią, udając wkurzenie, a ta podnosi ręce do góry, w
geście poddania się.
-Przewidziałem to pytanie.
Odpowiedź jest prosta. Mam całe pudło, a właściwie to cztery. W końcu jesteśmy
Marsjanami z Marsa.- Szczerzy się, a ja łapię się za głowę. On naprawdę jest
moim bratem?? Może w szpitalu go podmienili?- Każdy będzie mógł sobie
skompletować komplet. Już nawet powysyłałem je do rodziny Tomo i Matta. Możecie
być ze mnie dumni.
-To nie może dostać się w ręce
Echelonu, rozumiesz?- Grożę mu palcem, a ten robi niewinną minkę.
-Czyli zero publicznych
wystąpień?
-Zero.- Potwierdzam.
-Pytanie numer dwa.- Po raz
kolejny odzywa się dziewczyna.- Czy mogę wysłać to na prezent dla Jacka?-
Przekręcam głowę w jej stronę. Czy tylko ja tu jestem dorosły i rozsądny???-
No, co? Na pewno się ucieszy.
-Ale jak ktoś zrobi mu zdjęcie,
to nie żyjesz. Rozumiesz?- Przejeżdżam palcem po szyi, chcąc zobrazować moje
słowa.
-Jasne jak słońce. Masz to u mnie
załatwione.- Salutuje, a ja chcąc nie chcąc się uśmiecham.- Masz różne
rozmiary?- Zwraca się do mojego (podmienionego) brata, a ten potwierdza.- W
twoim pokoju?
-Tak.- Dziewczyna wprost wybiega
z łóżka, a Shannon sunie wzrokiem po jej nogach.- Za tymi nóżkami mógłbym pójść
nawet do piekła.- Mruczy, wychodząc za nią.
-Shan, a mogę wysłać je jeszcze
do Emily i Terryego?- Słyszę.
-Olivia!- Krzyczę. Im więcej
osób, tym gorzej.
-Wiem, wiem. To nie ujrzy świata
dziennego!- Odpowiada, a ja padam na poduszę, czując się po prostu bezsilny.
* * *
Siedzę na drewnianym krześle w
średniej wielkości ogródku przy domu pana Lomaxa. Mężczyzna rozłożył się w
wiklinowym fotelu i przygląda mi się uważnie od kilku minut. Na siwych, dość
długich włosach ma narzucony czarny, kowbojski kapelusz, a wąsy lekko powiewają
przez suchy, pustynny wiatr o wdzięcznej nazwie Santa Ana, który dziś jest
wyjątkowo łaskawy.
-Więc, masz na imię Jared, tak?-
Zaczyna muzyk, a ja jestem jeszcze bardziej przerażony, niż moment wcześniej.
Chyba o wiele bardziej wolę groźby ze strony Jake i Patricka, niż jego
obecność.
-Tak.- Wykrztuszam, modląc się w
duchu, żeby Olivia i jej babcia już wróciły.
-Jared Leto, tak?- Dopytuję, a ja
zastanawiam się nad ucieczką.
-Dokładnie.- Próbuję się
uspokoić, ale na marne.
-To dobrze.- Z kieszeni wyjmuje paczkę
papierosów i zapala jednego.- Chcesz?- Wyciąga paczkę w moim kierunku.
-Dziękuję, nie palę.- Odmawiam, a
z domu jak zbawienie wychodzi moja ukochana.
-Jackie, od ilu lat was proszę?
Rzućcie wreszcie te fajki!- Wyczuwam zirytowanie dziewczyny, ale pan Lomax tak
po prostu łapię ją w tali i przerzuca przez oparcie fotela, tak że ląduje u
niego na kolanach.
-Oh, Maleńka nie denerwuj się
tak. To nastąpi wcześniej czy później.- Czarnowłosa śmieje się, a ja zapominam
o wcześniejszym strachu.
-Dobra, puść mnie już,
staruszku.- Obserwuje jak Richardson schodzi z jego kolan, ciągle z uśmiechem i
siada na krześle po mojej prawej stronie, przysuwając je trochę bliżej.- O
cholera!- Nagle zrywa się.- Miałam pomóc babci.- Biegnie do budynku, a ja znów
zostaje sam na sam z muzykiem.
-Przejdźmy do rzeczy.- Zaczyna.-
Widzę, że Olivia jest przy tobie szczęśliwa i mam nadzieję, że tak zostanie,
bo…- Przerywam mu.
-Wiem, wiem. Oberwie mi się za
to.- Kończę za niego, a ja jego twarzy pojawia się szeroki uśmiecha.
-Szybko się uczysz. Czyżbyś miał
do czynienia z Henrym i bliźniakami?
-To jest aż tak oczywiste?
-Zgaduję, że spotkałeś też Alice.
Jeśli ona cię nie odstraszyła, to witam w rodzinie.- Uśmiecha się.- Możesz
mówić do mnie po imieniu.
-Dziękuję.
-Sam na to zasłużyłeś.- Puszcza
mi oczko, a do ogrodu po raz kolejny wchodzi czarnowłosa, tym razem z czarną
gitarą basową przewieszoną przez ramie. Zaczyna grać fragment jakiejś piosenki,
którą skądś kojarzę. Wpatruję się w nią jak zaczarowany. W końcu kończy swój
występ ukłonem, a my zaczynamy bić brawo.
-Nie wiedziałem, że umiesz grać.-
Mówię, a ta siada mi na kolanach.
-Ojciec były basista, przybrany
dziadek gitarzysta. Nie było opcji, żebym się wywinęła z lekcji gry.- Całuje
mnie w policzek.- Niestety przez mój głos nie zdobyłam sławy w Kaliforni, ani
nawet na całym świecie.- Udaje smutek.- Na szczęście robię dobre zdjęcia.-
Dołącza do nas Norma, ze złą miną, niosąc talerz z ciastem.
-Olivia, miałaś mi pomóc.
-Przepraszam, babciu.- Robi
skruszoną minę, machając nogami w powietrzu.- Zagrać ci coś? Znalazłam bas
ojca.
-Poczęstuj się ciastem.
Specjalnie dla was upiekłam wegańskie.
-Annie, daj jej coś zagrać. Nie
grała od dwóch lat.
-Trzech, staruszku, trzech.-
Poprawia go, po czym znów całuje mnie w policzek.
* * *
Zajeżdżam na podjazd, słuchając
opowieści dziewczyny o jedynych z wakacji spędzonych w Ojai. Wysiadamy z
samochodu i za rękę idziemy do domu, gdy nagle dzwoni jej komórka. Wywraca
oczami, ale odbiera siadając na murku. Zajmuję miejsce obok niej.
-Halo?... Terry?... Że co?... Jak
to mam lecieć do Paryża?... O, i nawet bilety już zarezerwowałeś. No świetnie,
a nie pomyślałeś o tym, że może chcę spędzić koniec roku w Kaliforni?... Jesteś
idiotą, wiesz?... Pa- Rozłącza się, a ja robię zdziwiona minę.
-Co się stało?- Pytam, obejmując
ją ramieniem.
-Jak to co? Terry nie może sobie
poradzić z wystawą i mamy do niego przylecieć. Jak on mnie irytuje…
-Spokojnie, Aniołku.- Ściskam ją jeszcze
mocniej.- Mówił o co dokładnie chodzi?- Dopytuję, choć doskonale o wszystkim
wiem.
-Powiedział, że potrzebuje mnie,
bo nie do końca umie sobie poradzić z papierami. Kolejnymi, rozumiesz?-
Uśmiecham się lekko, nie mogąc się powstrzymać.
-Rozumiem, rozumiem.- Całuję ją w
głowę.- Pomogę ci z tym. Coś tam z francuskiego umiem.- Doskonale wiem, że gadka
z dokumentami to tylko podpucha, żeby zwabić zielonooką do Francji.- Nigdy nie
marzyłaś o romantycznej kolacji z ukochanym w Paryżu?
-No może czasem.- Na jej twarz
wraca uśmiech.- Albo jeszcze częściej.- Dodaje.
-Twoje marzenie może się teraz spełnić.-
Zeskakuję z murku, po czym pomagam jej zejść.
-Ale tam jest środek zimy.- Marszczy
noc, a ja ją w niego cmokam, a następnie ciągnę do domu. Odkładam kluczyki w
przedpokoju i wchodzę do salonu. Na sofie siedzi starsza, drobniutka kobieta.
Czuję jak dziewczyna wpada na mnie.- Przepraszam.- Mówi, a moment później
zauważa naszego gościa.- Dzień dobry.- Macha leciutko.
-Babcia?- Wykrztuszam wreszcie, a
ta przechyla głowę w lewo z delikatnym uśmiechem.- Co tu robisz?
-Nie mogłabym opuścić twoich
urodzin, wnuczku.- Podnosi się i podchodzi bliżej. Przytulam ją.- Cieszę się,
że widzę cię takiego szczęśliwego.- Puszcza mnie i spogląda na czarnowłosą.-
Słonko, jestem matką Konstance, a ty to Olivia, tak?
-Tak, proszę pani.- Potwierdza.
-Żadna tam pani, jestem Ruby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz