POSTACIE Strona głóna

czwartek, 24 marca 2016

37. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO

26 grudzień 2006


Otwieram powieki. Leżę wtulony w Olivię, która uśmiecha się do mnie szeroko. Odrywam się od niej i przecieram zaspane oczy.
-Jay, wiesz co dzisiaj jest?- Zaczyna, a udaję, że się zastanawiam.- Twoje 35 urodziny. Wszystkiego najlepszego, Kochanie.- Obejmuje mnie i całuje. Następnie wręcza mi małe pudełeczko. Podobne do tego, które dałem jej wczoraj.- Skoro ja dostałam bransoletkę, która ma mi o tobie przypominać- Wykonuje kilka ruchów nadgarstkiem.-Ty też dostałeś coś co będzie ci o mnie przypominać, jak będziesz w trasie.-Otwieram pudełeczko i uśmiecham się widząc naszyjnik z Orbis Epsilon. Zawieszam go od razu na szyi i przyciągam do siebie dziewczynę. Ta ze śmiechem upada na mnie.
-Dziękuję- Całuję ją w policzek, a w tym samym momencie drzwi do sypialni się otwierają. Spoglądam na przybysza, którego spodziewałem się tu zobaczyć.
-Dobrze, że nie robicie czegoś innego.- Siada w nogach łóżka, a ja odsuwam się od czarnowłosej.- Oj Jaredzik, Jaredzik, starzejesz się chłopie.- Mrużę oczy, a ten wybucha śmiechem.- No, ale i tak jestem od ciebie starszy, więc się nie martw. No to tak, życzę ci dużo zdrowia…- Wymienia, licząc na palcach.- Szczęścia z Olivią, chociaż podejrzewam, że ona byłaby o wiele szczęśliwsza ze mną.- Puszcza jej oczko, a zielonooka wtula się we mnie.- Czyli mam rozumieć, że wolisz jego. No, dobra. Kto jak woli. Miłość masz, więc to tyle. I mój prezent.- Rzucam mi brelok. Zielonego Marsjanina z moją głową. Olivia po raz kolejny wybucha śmiechem, a ja przyglądam się z uwagą bratu.- Co się tak na mnie gapisz?
-To ja?
-No tak, a co?- Dziwi się.
-To na gaciach i bluzach też ja?- Dopytuję.
-Nie bądź egoistą. Ja też tam jestem. No i Tomo i Matt.- Uśmiecha się szeroko.
-Shan, wiem, że są urodziny Jareda, ale masz ich więcej?- Richarson wskazuje na mój prezent, ciągle się chichrając. Spoglądam na nią, udając wkurzenie, a ta podnosi ręce do góry, w geście poddania się.
-Przewidziałem to pytanie. Odpowiedź jest prosta. Mam całe pudło, a właściwie to cztery. W końcu jesteśmy Marsjanami z Marsa.- Szczerzy się, a ja łapię się za głowę. On naprawdę jest moim bratem?? Może w szpitalu go podmienili?- Każdy będzie mógł sobie skompletować komplet. Już nawet powysyłałem je do rodziny Tomo i Matta. Możecie być ze mnie dumni.
-To nie może dostać się w ręce Echelonu, rozumiesz?- Grożę mu palcem, a ten robi niewinną minkę.
-Czyli zero publicznych wystąpień?
-Zero.- Potwierdzam.
-Pytanie numer dwa.- Po raz kolejny odzywa się dziewczyna.- Czy mogę wysłać to na prezent dla Jacka?- Przekręcam głowę w jej stronę. Czy tylko ja tu jestem dorosły i rozsądny???- No, co? Na pewno się ucieszy.
-Ale jak ktoś zrobi mu zdjęcie, to nie żyjesz. Rozumiesz?- Przejeżdżam palcem po szyi, chcąc zobrazować moje słowa.
-Jasne jak słońce. Masz to u mnie załatwione.- Salutuje, a ja chcąc nie chcąc się uśmiecham.- Masz różne rozmiary?- Zwraca się do mojego (podmienionego) brata, a ten potwierdza.- W twoim pokoju?
-Tak.- Dziewczyna wprost wybiega z łóżka, a Shannon sunie wzrokiem po jej nogach.- Za tymi nóżkami mógłbym pójść nawet do piekła.- Mruczy, wychodząc za nią.
-Shan, a mogę wysłać je jeszcze do Emily i Terryego?- Słyszę.
-Olivia!- Krzyczę. Im więcej osób, tym gorzej.
-Wiem, wiem. To nie ujrzy świata dziennego!- Odpowiada, a ja padam na poduszę, czując się po prostu bezsilny.
                                *                      *                      *
Siedzę na drewnianym krześle w średniej wielkości ogródku przy domu pana Lomaxa. Mężczyzna rozłożył się w wiklinowym fotelu i przygląda mi się uważnie od kilku minut. Na siwych, dość długich włosach ma narzucony czarny, kowbojski kapelusz, a wąsy lekko powiewają przez suchy, pustynny wiatr o wdzięcznej nazwie Santa Ana, który dziś jest wyjątkowo łaskawy.
-Więc, masz na imię Jared, tak?- Zaczyna muzyk, a ja jestem jeszcze bardziej przerażony, niż moment wcześniej. Chyba o wiele bardziej wolę groźby ze strony Jake i Patricka, niż jego obecność.
-Tak.- Wykrztuszam, modląc się w duchu, żeby Olivia i jej babcia już wróciły.
-Jared Leto, tak?- Dopytuję, a ja zastanawiam się nad ucieczką.
-Dokładnie.- Próbuję się uspokoić, ale na marne.
-To dobrze.- Z kieszeni wyjmuje paczkę papierosów i zapala jednego.- Chcesz?- Wyciąga paczkę w moim kierunku.
-Dziękuję, nie palę.- Odmawiam, a z domu jak zbawienie wychodzi moja ukochana.
-Jackie, od ilu lat was proszę? Rzućcie wreszcie te fajki!- Wyczuwam zirytowanie dziewczyny, ale pan Lomax tak po prostu łapię ją w tali i przerzuca przez oparcie fotela, tak że ląduje u niego na kolanach.
-Oh, Maleńka nie denerwuj się tak. To nastąpi wcześniej czy później.- Czarnowłosa śmieje się, a ja zapominam o wcześniejszym strachu.
-Dobra, puść mnie już, staruszku.- Obserwuje jak Richardson schodzi z jego kolan, ciągle z uśmiechem i siada na krześle po mojej prawej stronie, przysuwając je trochę bliżej.- O cholera!- Nagle zrywa się.- Miałam pomóc babci.- Biegnie do budynku, a ja znów zostaje sam na sam z muzykiem.
-Przejdźmy do rzeczy.- Zaczyna.- Widzę, że Olivia jest przy tobie szczęśliwa i mam nadzieję, że tak zostanie, bo…- Przerywam mu.
-Wiem, wiem. Oberwie mi się za to.- Kończę za niego, a ja jego twarzy pojawia się szeroki uśmiecha.
-Szybko się uczysz. Czyżbyś miał do czynienia z Henrym i bliźniakami?
-To jest aż tak oczywiste?
-Zgaduję, że spotkałeś też Alice. Jeśli ona cię nie odstraszyła, to witam w rodzinie.- Uśmiecha się.- Możesz mówić do mnie po imieniu.
-Dziękuję.
-Sam na to zasłużyłeś.- Puszcza mi oczko, a do ogrodu po raz kolejny wchodzi czarnowłosa, tym razem z czarną gitarą basową przewieszoną przez ramie. Zaczyna grać fragment jakiejś piosenki, którą skądś kojarzę. Wpatruję się w nią jak zaczarowany. W końcu kończy swój występ ukłonem, a my zaczynamy bić brawo.
-Nie wiedziałem, że umiesz grać.- Mówię, a ta siada mi na kolanach.
-Ojciec były basista, przybrany dziadek gitarzysta. Nie było opcji, żebym się wywinęła z lekcji gry.- Całuje mnie w policzek.- Niestety przez mój głos nie zdobyłam sławy w Kaliforni, ani nawet na całym świecie.- Udaje smutek.- Na szczęście robię dobre zdjęcia.- Dołącza do nas Norma, ze złą miną, niosąc talerz z ciastem.
-Olivia, miałaś mi pomóc.
-Przepraszam, babciu.- Robi skruszoną minę, machając nogami w powietrzu.- Zagrać ci coś? Znalazłam bas ojca.
-Poczęstuj się ciastem. Specjalnie dla was upiekłam wegańskie.
-Annie, daj jej coś zagrać. Nie grała od dwóch lat.
-Trzech, staruszku, trzech.- Poprawia go, po czym znów całuje mnie w policzek.
                                *                      *                      *
Zajeżdżam na podjazd, słuchając opowieści dziewczyny o jedynych z wakacji spędzonych w Ojai. Wysiadamy z samochodu i za rękę idziemy do domu, gdy nagle dzwoni jej komórka. Wywraca oczami, ale odbiera siadając na murku. Zajmuję miejsce obok niej.
-Halo?... Terry?... Że co?... Jak to mam lecieć do Paryża?... O, i nawet bilety już zarezerwowałeś. No świetnie, a nie pomyślałeś o tym, że może chcę spędzić koniec roku w Kaliforni?... Jesteś idiotą, wiesz?... Pa- Rozłącza się, a ja robię zdziwiona minę.
-Co się stało?- Pytam, obejmując ją ramieniem.
-Jak to co? Terry nie może sobie poradzić z wystawą i mamy do niego przylecieć. Jak on mnie irytuje…
-Spokojnie, Aniołku.- Ściskam ją jeszcze mocniej.- Mówił o co dokładnie chodzi?- Dopytuję, choć doskonale o wszystkim wiem.
-Powiedział, że potrzebuje mnie, bo nie do końca umie sobie poradzić z papierami. Kolejnymi, rozumiesz?- Uśmiecham się lekko, nie mogąc się powstrzymać.
-Rozumiem, rozumiem.- Całuję ją w głowę.- Pomogę ci z tym. Coś tam z francuskiego umiem.- Doskonale wiem, że gadka z dokumentami to tylko podpucha, żeby zwabić zielonooką do Francji.- Nigdy nie marzyłaś o romantycznej kolacji z ukochanym w Paryżu?
-No może czasem.- Na jej twarz wraca uśmiech.- Albo jeszcze częściej.- Dodaje.
-Twoje marzenie może się teraz spełnić.- Zeskakuję z murku, po czym pomagam jej zejść.
-Ale tam jest środek zimy.- Marszczy noc, a ja ją w niego cmokam, a następnie ciągnę do domu. Odkładam kluczyki w przedpokoju i wchodzę do salonu. Na sofie siedzi starsza, drobniutka kobieta. Czuję jak dziewczyna wpada na mnie.- Przepraszam.- Mówi, a moment później zauważa naszego gościa.- Dzień dobry.- Macha leciutko.
-Babcia?- Wykrztuszam wreszcie, a ta przechyla głowę w lewo z delikatnym uśmiechem.- Co tu robisz?
-Nie mogłabym opuścić twoich urodzin, wnuczku.- Podnosi się i podchodzi bliżej. Przytulam ją.- Cieszę się, że widzę cię takiego szczęśliwego.- Puszcza mnie i spogląda na czarnowłosą.- Słonko, jestem matką Konstance, a ty to Olivia, tak?
-Tak, proszę pani.- Potwierdza.
-Żadna tam pani, jestem Ruby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz