Zrzucam nogi na miękki dywanik i wstaję z łóżka.
Skoro i tak nie mogę zasnąć, trzeba jakoś spożytkować ten czas, prawda?
Spoglądam po raz ostatni na łóżko, na którym śpi kot, którego przygarnął
Terry. Jakoś tak się składa, że on zajmuje się wszystkim, ale zwierzak i
tak bardziej lubi mnie. Podchodzę do szafy i wyciągam z niej dżinsową
koszulę, czarno-biały sweter i czarne spodnie. Z ciuchami idę do
łazienki. Ubieram się szybko i po porannej toalecie wracam do mojego
tymczasowego pokoju. To czarnej torebki wrzucam laptopa i zeszyt z
długopisem.
Schodzę po cichu na dół, nie chcąc
zbudzić ojca. W kuchni zostawiam mu jedynie karteczkę z jednym krótkim
zdaniem: „Już wyszłam.”. Co prawda Terry przeprowadził się do studia,
ale apartament zachował dla siebie i jakoś tak wyszło, że woli mieszkać
tu. Zresztą, nie dziwię mu się. Mieszka tu chyba od zawsze. Wychodzę z
mieszkania, ówcześnie zabierając jabłko. Biorę pierwszego gryza mojego
śniadania, gdy wchodzę do windy. Na dole wita mnie pan Bruce.
-Dzień
dobry, panienko Richardson.- Uśmiecha się w moją stronę, a ja odmachuję
mu, otwierając szklane drzwi apartamentowca. Łapię taksówkę i podaję
miejsce, do którego zmierzam, czyli Starbucks na rogu Spring i Varick.
Po dość długiej jeździe w korku, w końcu docieram do kawiarni, gdzie
kupuję napój, od którego jestem wprost uzależniona. Po niecałych pięciu
minutach docieram do 155 6th Avenue. Wchodzę do środka, gdzie za ladą
siedzi już Emily.
-Cześć.- Mruczę, idąc prosto do windy, a gdy ta się zamyka, opieram głowę o lustro.
Nie
mogę oprzeć się pokusie i spoglądam na swoje odbicie. W tym stroju nie
widać pozostałości po ciąży. Kładę dłoń na brzuchu i przymykam oczy, ale
nie wyczuwam już Melody. Ile bym oddała, za nią… Do porządku doprowadza
mnie dźwięk otwieranych drzwi, ale to jeszcze nie moje piętro. Do
ciasnej klatki wchodzi mężczyzna, na oko w moim wieku. Blondyn uśmiecha
się do mnie lekko, a ja to odwzajemniam. Wysiada na kolejnym piętrze, a
ja kontynuuję podróż. Wysiadam na ostatnim, czyli „piętnastce”. Otwieram
wszystkie pomieszczenia i z gabinetu ojca przenoszę sprzęt do studia.
Teraz tylko czekać na mojego gościa. Wracam do pomieszczenia Terry’ego i
na biurku zauważam ciekawie wyglądający przedmiot, a mianowicie jego
sławetne okulary. Cmokam cicho ustami, cały czas przyglądając się im z
zaciekawieniem.
-Kuszą, nie?- Słyszę. Odwracam
się w kierunku drzwi, w których stoi mężczyzna, ubrany w skórzaną
kurtkę, czarne dżinsy, koszule w czarno-białe paski i czerwono-czarny
szalik.
-Billie Joe, miałeś ubrać się godnie, a ty co zrobiłeś?- Jęczę zrezygnowana, wskazując na jego strój.
-Bluźnisz,
Mała.- Wyciąga palec wskazujący w moją stronę.- Te spodnie noszę od
gimnazjum.- Uśmiecha się z dumą? Czy ja dobrze widzę? On jest z tego
dumny?
-Tego chyba nie chciałam wiedzieć.-
Mruczę, kręcąc głową z politowaniem.- Chodź do studio.- Prowadzę go do
pomieszczenia przeznaczonego do robienia sesji.- A gdzie reszta?
-Kazałaś przyjść mi samemu, nie pamiętasz?
-A
no tak, całkiem zapomniałam. Ostatnio dużo pracuję.- Milknę, ale tylko
na sekundę, tak, żeby nie zdążył nawet zareagować.- To jak, zaczynamy?-
Na mojej twarzy pojawia się uśmiech, trochę nieszczery, ale uśmiech.
-Ty tu rządzisz.- Wysyła mi oczko i ustawia się na kremowej ścianie.- Tak może być?- Mrużę oczy. Czegoś mi tu brakuję.
-Moment.-
Wybiegam ze studio i z gabinetu ojca zgarniam duże, stare słuchawki
nauszne, które trzyma na półeczce, pod stolikiem.- Łap.- Rzucam je
czarnowłosemu, a on zakłada je na uszy, robi minę, jakby mu się to nie
podobało. Robię zdjęcie.- Idealnie.- Komentuję, przyglądając się zdjęciu
na laptopie.- I w sumie ten szalik nie jest taki zły.- Dodaję, a ten
wystawia mi język. I ten moment dokumentuję.- Powinieneś być modelem.-
Cmokam w usta, a ten wykrzywia twarz w przerażeniu.- Chyba dzisiejszą
sesję zapamiętam na zawsze.- Mówię, wychylając się znad aparatu.
-Ale
że taka zła, czy taka dobra?- Mężczyzna odwraca się w lewo, ukazując
swój prawy profil i przykłada dwa palce do podbródka, udając, że to
broń.
-O to chodzi, że bardzo dobra. Gdyby każda
sesja była równie spokojna, może udawałoby się ją skończyć w godzinę, a
nie marnować pół dnia.- Pstrykam w guziczek.- A poza tym co u
chłopaków?- Czarnowłosy zmienia pozę, a ja po raz kolejny go
fotografuję.
-Przecież jutro jesteś z nimi umówiona, sama spytasz.
-No tak, ale dawno z nimi nie rozmawiałam.- Jęczę, odkładając aparat na stoliczek.- Jakoś nie było okazji.
-Bo
byłaś w LA.- Przypomina, a w moim do mojego oka zakrada się łza.- Hej,
Mała, co się dzieje?- Kładzie dłoń na moim ramieniu, a ja zaczynam po
prostu płakać.
-To wszystko…- Pociągam nosem.- Mel… Komu ona zawiniła? Dlaczego?- Spoglądam na niego przez słone łzy.
-Mała,
wiem, że to jest dla ciebie ciężkie przeżycie, ale uwierz, jakoś się
ułoży. Prędzej, czy później.- Billie obejmuje mnie ramieniem, a ja
opieram głowę na jego klatce piersiowej.- Nie wiem, jaki to ból stracić
dziecko. Ale mimo, że czasem mam ochotę pozbyć się tych dwóch smarkaczy
raz na zawsze, kocham ich z całego serca i nie wiem, co bym zrobił bez
nich. Mogę jedynie wyobrazić sobie co czujesz. Wiem, że to nie to samo,
ale gdy miałem dziesięć lat, na początku września mój ojciec zmarł na
raka. Byłem bardzo do niego przywiązany i nie mogłem się pogodzić z jego
odejściem. Uciekłem z pogrzebu, zamknąłem się w pokoju, a gdy mama
przyszła sprawdzić czy wszystko w porządku, powiedziałem tylko zdanie,
któro zostało ze mną do teraz i pewnie zostanie do końca mojego życia.-
Pociągam nosem.
-Jak brzmi to zdanie?- Dopytuję, a ten lekko mnie odsuwa i wpatrując się w moje oczy, mówi.
-Wake
me up when September ends. Napisałem piosenkę o tym samym tytule.
Miałem siedemnaście lat, założyliśmy zespół, a ja ciągle myślałem o
ojcu. Napisałem połowę i odłożyłem ją do szuflady. Dopiero w dwudziestą
rocznicę śmieci taty ją skończyłem. Teraz każdy może jej posłuchać na
albumie.- Wzrusza ramionami.- Ale nie każdy wie jak boli mnie, tam w
środku- Wskazuje na miejsce, gdzie znajduje się serce człowieka.- gdy muszę ją
zaśpiewać na koncercie i udawać, że wszystko jest okey, gdy tak
naprawdę ciągle jestem małym, dziesięcioletnim chłopcem, płaczącym w
pokoju po stracie swojego największego bohatera.- Mężczyzna przełyka
ślinę i przeciera oczy, które zrobiły się już porządnie czerwone.
-Chcesz chusteczkę?- Pytam, szepcząc. Przeczy ruchem głowy, a ja wycieram łzy, które do tej pory wylałam.
-Nadal
nie pogodziłem się z jego śmiercią. Nadal płaczę na jego grobie, bo go
po prostu kocham. Tak jak ty kochasz Melody i nigdy, ale to nigdy jej
nie zapomnisz, ale nauczysz się żyć z tym bólem, tak jak ja. Musisz być
po prostu silna, Mała.- Uśmiecha się lekko do mnie.
* * *
Odkładam
na kolana laptopa i włączam go, po czym spoglądam na zegarek w rogu
ekranu. Jest już po trzeciej, a ja nie śpię. Wpisuje „Wake me up when
September up” i puszczam jakiś live z 2004 roku. Po chwili widzę
sylwetkę czarnowłosego. Obserwuję jak co chwilę unosi wzrok ku górze,
tak jakby chciał odpędzić łzy. Jednak gdy przychodzi zaśpiewać mu
ostatnią zwrotkę, jego głos się załamuje, a z oczu wypływają łzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz