POSTACIE Strona głóna

niedziela, 23 października 2016

67. POWRÓT



 19 czerwca 2008

Po raz kolejny wychodzę z mieszkania, gdy Terry jeszcze śpi. Ciekawe kiedy to się zmieni. Kiedy w końcu pogodzę się z tym co się stało? Jak co rano zjeżdżam windą na dół, jedząc przy okazji jabłko. Na parterze wita mnie pan Bruce. Po niecałej godzinie docieram do Starbucksa, a następnie już z kawą w ręce idę do Art Partner. Na górze przygotowuję wszystko do dzisiejszej sesji i w skupieniu czekam na dzisiejszego gościa. Po chwili słyszę dźwięk otwieranych drzwi windy.
-Olivia!- Krzyczy mój gość.- Mimo, że to nie ja zostanę ojcem chrzestnym Mel, postanowiłem być jej najlepszym wujkiem.- Wchodzi do pomieszczenia i przystaje na moment widząc mnie.- Oli?- Rozszerza oczy, nadal patrząc na mnie, a raczej na mój brzuch.- Gdzie Melody?
-Myślałam, że Billie Joe ci powiedział.- Mruczę, podchodząc do niego, a on upuszcza pluszowego misia na podłogę.- Mel nie przeżyła porodu.- Spuszczam wzrok na moje czarne trampki.- Właśnie dlatego wróciłam do Nowego Yorku.- Dodaję.
-Możesz mnie przytulić?- Obejmuję go i przez kilka minut stoimy tak, pośrodku pomieszczenia,  nie odzywając się do siebie.- Dobra, już mi przeszło.- Mężczyzna odrywa się ode mnie i podnosi misia.- Zatrzymaj go.- Wciska mi go do ręki.- Myślę, że ten strój będzie dobry.- Robi piruet, całkowicie zmieniając temat. Uśmiecham się lekko. Perkusista Green Day’a jest ubrany w czarny garnitur i czerwoną koszulę.
-Przynajmniej ty ubrałeś się godnie. Chyba jako jedyny traktujesz mnie poważnie, Frank. Wyobraź sobie, że Billie Joe przyszedł w spodniach, które ponoć nosił już w gimnazjum.- Prowadzę go na kremową ścianę.- One naprawdę tyle przetrwały czy się ze mnie po prostu nabijał?
-Mike twierdzi, że to prawda. Ale w każdym razie, gdy ja dołączyłem do zespołu już je miał. I, o zgrozo, nie zamierza się ich pozbyć, bo jak twierdzi, przywiązał się do nich. No i najgorsze, zabiera je na każdą trasę.- Wracam do aparatu i robię kilka zdjęć.
                                *                      *                      *
Wchodzę do studio, gdzie Terrence robi zdjęcia jakiemuś modelowi. Widać, że współpraca im się nie układa. Mina ojca mówi wszystko.
-Terry?- Odzywam się, a na mężczyzna jak na zawołanie odwraca się w moim kierunku.- Ja wychodzę. Zobaczymy się wieczorem.- Odwracam się i naciskam guzik przywołujący windę. W samotności zjeżdżam na dół, gdzie Emily siedzi w za ladą.- Pa.- Mruczę, wychodząc z budynku. Ostatnio nie dogaduję się chyba z nikim. Nawet z blondynką nie chcę rozmawiać.
Spacerkiem dochodzę do kamienicy, w której razem z Jaredem wynajmujemy mieszkanie. Otwieram je kluczem i wchodzę do środka. Rozkładam się na sofię i przez kilkanaście minut próbuję pracować, ale moje powieki robią się coraz cięższe. Tak to bywa, jeśli płacze się połowę nocy. Zostawiam wszystko na szklanym stoliku i kieruję się do sypialni. Kładę się na łóżku, a przed zaśnięciem opisuję dzisiejsze wydarzenia w dzienniku. 


JARED


Wchodzę do budynku mieszczącego się na 155 6th Avenue. Na ladzie leży karteczka Emily, oznajmiająca, że blondynka wyszła na lunch. Wchodzę do windy, a po chwili znajduje się już na piętnastym piętrze. Z oddali słyszę głos Terrenca, wykrzykującego polecenia, więc od razu kieruje się do studio. Na środku na białym tle stoi jakiś młody chłopak. Pukam lekko we framugę drzwi, odkładając torbę na podłogę. Fotograf odwraca się w moim kierunku. Widać, że jest podenerwowany.
-Leto. Dobrze, że to ty. Mam już dość.- Podchodzi do mnie.- Chodź do gabinetu. Muszę się napić i to natychmiast.- Ciągnie mnie do pokoju. Ledwo łapię torbę.
-Ja przyszedłem po Olivię.- Oznajmiam, podczas gdy on siada na swoim fotelu.
-Ale jej tu nie ma.- Odpowiada, wyciągając spod szklanego stolika butelkę whisky, swojej whisky.- Chcesz?- Wskazuje na alkohol. Przeczę ruchem głowy.
-W takim razie, gdzie jest?
-Nie wiem. Wyszła jakąś godzinę temu. Może siedzi u mnie w mieszkaniu?- Zielonooki nalewa napoju do szklaneczki, po czym wypija wszystko od razu.
-Miałeś ją pilnować.
-Leto, Olivia nie jest małą dziewczynką, tylko dorosłą kobietą i może robić co tylko jej się podoba. Nie będę jej niczego zabraniać, bo ty tak chcesz. Nawet nie wiesz jak boli mnie tu w środku…- Wskazuje na swoją klatkę piersiową.-… gdy słyszę jak nocami płacze. Czasem nie mogę się powstrzymać i sam zaczynam płakać. A następnego dnia oboje zachowujemy się, jakby nic się nie stało. Ja udaję, że wcale jej nie słyszałem, a ona, że nie płakała pół nocy. Czuję się trochę jak wtedy, gdy dowiedziałem się, że jej matka nie żyje. Bo wiesz, Elizabeth była moją prawdziwą miłością. Nigdy nie kochałem Nikki, ona mnie zresztą też nie. Właściwie, do tej pory nie wiem dlaczego byliśmy małżeństwem przez te trzy lata. Mogłem się ożenić z matką Olivii.- Po raz kolejny piję alkohol, tym razem już prosto z butelki.
-Terry, oddaj whisky.- Podchodzę do niego i wyciągam z jego dłoni szklane opakowanie.- Weź się w garść i idź do tego modela, bo pewnie się niecierpliwi.- Mruczę, chowając sławny napój do szafki.- Ja jadę do twojego mieszkania.- Klepię go po ramieniu.- Nie myśl, że ja nie przeżywam śmierci Mel. Też nie mogę się z tym pogodzić.- Mówię cicho, po czym wychodzę na korytarz.
                                *                      *                      *
Wysiadam z taksówki, ówcześnie podając kierowcy wyznaczoną kwotę za podróż. Jeśli w mieszkaniu Terrenca jej nie było, to może w naszym jest? Wbiegam po schodkach do budynku. I pomyśleć, że kiedyś na nich zasnąłem. Docieram na drugie piętro i kluczem otwieram drzwi. Wchodzę do środka. Torbę zostawiam w przedpokoju.
-Olivia?- Wołam, ale odpowiada mi cisza. Wchodzę do kuchni. Na blacie nie ma ani oznaki kurzu, podobnie jak na stoliku. Przechodzę z powrotem do salonu, a z niego do sypialni. Na łóżku śpi czarnowłosa z otwartym notesem na brzuchu. Kładę go na szafce i przykrywam ją kocem. Wygląda tak niewinnie, jak Anioł. Aż trudno uwierzyć w to, że niecały miesiąc temu straciła dziecko. Wychodzę z pomieszczenia i w kuchni przygotowuje sałatkę, wcześniej schodząc do sklepu na drobne zakupy. Kroję marchewkę, czyli ostatnie warzywo potrzebne do posiłku, gdy słyszę trzask drzwi. Nastawiam czajnik z wodą i idę w kierunku hałasu. Na środku salonu stoi pani fotograf, przyglądająca się mojej torbie, która nadal leży, tam gdzie ją postawiłem. W końcu kieruje swój wzrok na mnie.
-Jared…- Szepczę i biegnie do mnie. W końcu ląduje w moich ramionach.- Tęskniłam za tobą.- Mruczy w moją koszulkę. Nachylam się i całuję ją w głowę.
-Przyjechałem trochę wcześniej. Chciałem ci zrobić niespodziankę.- Odpowiadam tym samym tonem głosu.- Chodź, robię herbatę.- Ciągnę ją do pomieszczenia, z którego wyszedłem. Wyciągam dwa kubki i wkładam do nich torebki z jeżynową herbatą. Zalewam je wodą, która zdążyła się już zagotować. Naczynie z Kubusiem Puchatkiem stawiam przed czarnowłosą.
-Chyba już mi przeszło.- Mruczy, upijając łyk. Siadam na przeciwko i łapię jej dłoń.
-Rozmawiałem z Terrym. Wiem o przepłakanych nocach, więc chyba nie jest dobrze.- Richardson spuszcza głowę.- Ale to normalne. Dla mnie też jest to ciężki okres, ale damy radę pokonać go razem.- Uśmiecham się do niej pokrzepiająco.
-Dziękuję.    
 

OLIVIA


Otwieram oczy. Jakimś sposobem jestem przykryta kocem, a notes wylądował na szafce. Wstaję i przeciągam się, przechodząc do salonu. Przez przypadek trzaskam drzwiami. Nagle zauważam torbę, należącą do Jay’a. Przyglądam jej się przez chwilę, po czym kieruję swój wzrok na bruneta stojącego w drzwiach kuchni.
-Jared…- Szepczę, po czym biegiem docieram w jego ramiona.- Tęskniłam za tobą.- Czuję pocałunek na głowie.
-Przyjechałem trochę wcześniej. Chciałem ci zrobić niespodziankę.- Mówi.- Chodź, robię herbatę.- Ciągnie mnie do kuchni i wyciąga dwa kubki. Zalewa wodą torebki, po czym wręcza mi naczynie z Kubusiem Puchatkiem.
-Chyba już mi przeszło.- Mruczę, a on siada naprzeciwko mnie i łapie moją dłoń. Brakowało mi go.
-Rozmawiałem z Terrym. Wiem o przepłakanych nocach, więc chyba nie jest dobrze.- Spuszczam wzrok. Może powinnam mu powiedzieć?- Ale to jest normalne. Dla mnie też jest to ciężki okres, ale damy radę pokonać go razem.- Uśmiecha się do mnie.
-Dziękuję.- Spoglądam w jego oczy. Muszę mu powiedzieć.- Jared, ja nie będę mogła mieć więcej dzieci.- Mówię, a do moich oczu wpływają łzy.
-Kiedy się dowiedziałaś?- Ściska moją dłoń mocniej, chcą dodać mi otuchy.
-Jeszcze w szpitalu. Wiem, powinnam ci powiedzieć, ale musiałam to przemyśleć.
-Nic się nie stało. Dobrze, że mi powiedziałaś.- Wstaje i kuca przede mną.- Damy radę, Aniele. Damy radę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz