POSTACIE Strona głóna

niedziela, 4 grudnia 2016

73. MIAŁ BYĆ ŚLUB



12 marca 2011
Poprawiam czarny krawat, przyglądając się odbiciu w lusterku. Przeczesuję włosy, które wyglądają teraz w miarę normalnie, w przeciwieństwie do mojego życia. Za nie całą godzinę zrobię coś, czego mam nadzieję, nie będę musiał żałować.
-Shan, gotowy na popełnienie największej głupoty w naszym życiu?- Pytam, a ten wychyla się z łazienki, wystrojony w porządny garnitur. Chyba nigdy nie widziałem go tak eleganckiego.
-Popełnialiśmy większe głupoty.- Puszcza mi oczko, uśmiechając się cwano, a ja kręcę głową z politowaniem. Ponownie spoglądam na szklaną taflę.
-A co jeśli ona jest z nim szczęśliwa?- Perkusista wzdycha, ale nie jest w stanie odpowiedzieć, bo przerywa mu mój telefon. Spoglądam na wyświetlacz. WHITE. Odbieram.- Już wychodzimy.- Mówię.- A gdzie ty jesteś? Miałeś być u nas godzinę temu.
-Lizi mnie potrzebuje.- Odzywa się.- Chce pogadać, jeszcze przed tym całym cyrkiem. Musicie przyjechać sami. Bo macie samochód?
-Coś się stało? Ma wątpliwości?- Dopytuję.
-Do cholery jasnej, nie wiem. Stoję w korku pół kilometra od tego całego kościoła. Macie ten samochód, czy mam coś załatwić?
-Mamy. Napisz jak się czegoś dowiesz.
-A wy się lepiej nie spóźnijcie, bo inaczej ja to wszystko przerwę, jasne?- Wywracam oczami.
-Jak słońce.- Rozłączam się, nie czekając na to co powie.- Jedziemy sami.- Ogłaszam, zgarniając kluczyki z szafki.- I to ty prowadzisz.- Rzucam je bratu.
-Hej, ho, do pracy by się szło…- Wyśpiewuje Shan, wychodząc z naszego pokoju hotelowego.
Czterdzieści minut później stoimy przed kościołem, w którym ma się odbyć uroczystość. Przyglądam się budowli. Jack od naszej rozmowy nie odezwał się, a ja coraz bardziej się niepokoję. Wszystko powinno już trwać.
-Dobra, spinaj dupsko, brachu i do roboty. I tak jesteśmy do tyłu z czasem.- Biorę głęboki wdech i wysiadam z wypożyczonego forda.- Ja tu poczekam.- Dodaje.- A ty leć odzyskać miłość swojego życia.- Po raz kolejny puszcza mi oczko.- Tylko nie stchórz!- Grozi mi palcem. Wzdycham, przypominając sobie uśmiech Olivii i nogi same wiodą mnie pod drzwi budynku. Otwieram je zamaszystym ruchem i z zamkniętymi powiekami krzyczę.
-STOP!- Otwieram oczy szeroko, nie wierząc w to co widzę…


OLIVIA




Spoglądam na gości, siedzących w ławkach, zatrzymując swój wzrok na Jacku, który ciągle spogląda na zegarek, to na drzwi, a skończywszy na mnie. Czuję się jakoś pewniej odkąd dowiedział się co planuję, ale jednocześnie chciałabym by był tu ktoś jeszcze. Ten na którym naprawdę mi zależy, ale skoro go nie ma muszę zrobić to sama. David wypowiada „tak”, a kapłan zwraca się do mnie.
-Czy ty Olivio Carrie Richardson bierzesz Davida Joe Gunna za męża?- Uśmiecham się szeroko, patrząc głęboko w ciemne oczy blondyna, całkowicie różne od błękitnych tęczówek Jareda.
-Nie.- Na jego twarzy pojawia się zaskoczenie, prawdopodobnie tak duże jak na twarzach wszystkich obecnych, oprócz Whita, który wie o wszystkim. Ponownie obracam głowę i spoglądam na czarnowłosego, który uśmiecha się w taki sposób jak ja, podobnie jak Terry, Emily, Tony, Henry, bliźniacy, Lomax, Annie i jeszcze parę osób, które przyszły tu dla mnie. Wracam spojrzeniem do mojego niedoszłego męża, a moja dłoń serwuje mu soczystego liścia.- To za uderzenie mnie wczoraj.- Mówię, ściskając dłoń w pięść. Tym razem obrywa po całości.- A to za zdradzenie mnie, chociaż nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Zdrada to coś czego nie przebaczam, powinieneś to wiedzieć.- Unoszę wysoko głowę i ignorując jego wściekłe spojrzenie, podążam w kierunku drzwi, które nagle się otwierają. Z zaskoczeniem przyglądam się mężczyźnie, który krzyczy.
-STOP!- Przykładam rękę do ust. Czyli jednak przyszedł. Nagle jego oczy wyglądają jak obiektywy aparatu. Tak jakby dopiero teraz mnie dostrzegł. Uśmiecham się, a do moich uszu dociera kolejny krzyk. Tym razem ojca.
-Uciekajcie!- Rzucam się biegiem, by jak najszybciej dotrzeć do wyjścia, do Jareda, a goście siedzący po mojej stronie zaczynają klaskać. Zatrzymuję się przy muzyku, ale ten ciągnie mnie dalej. Moment później pakujemy się na tył jakiegoś samochodu.
-Jedź!- Warczy brunet. Spoglądam przez szybę i dostrzegam wściekłego Davida, stojącego przed budynkiem, który powoli znika za rogiem. Odwracam głowę w drugą stronę i tonę w niebieskich tęczówkach. Przełykam ślinę
-Co tu robisz?- Pytam, zagryzając wargę. Ten wzrusza ramionami.
-Chyba chcę cię odzyskać.- Uśmiecham się.- Nie mogę znieść dłużej życia bez ciebie.
-A ja tym bardziej.- Spoglądam na kierowcę, który wymruczał te słowa.- Wiesz jaki on jest irytujący bez ciebie?
-Shan, tęskniłam.- Mężczyzna odwraca się na moment, a w jego ciemnych oczach dostrzegam iskierki szczęścia.
-Ja za tobą też, mała.- Puszcza mi oczko.
-Chyba jestem egoistą.- Odzywa się Jay, opierając o siedzenie. Tym razem przyglądam mu się z uwagą.- Chciałem zepsuć twój ślub.- Wybucham śmiechem, do którego i on się dołącza.
-Chyba zrobiłam to pierwsza. Dobrze, że dotarliście na czas.
-Wiedziałaś co planujemy?- Dziwi się, a ja z uśmiechem potwierdzam.
-Jack mi wszystko wyznał, gdy ja powiedziałam mu o moim planie. Nie zadzwonił do ciebie, bo prawie spóźniłabym się na swój ślub.- Robię słodką minę, a ten kręci głową z politowaniem.
-Typowe.- Wyszeptuje. Nachylam się w jego stronę.
-Przepraszam.- Mówię, tym samym tonem głosu.- Musiałam przemyśleć to wszystko i dać nam czas.- Zerkam na jego dłonie, które teraz wędrują do mojego policzka.
-Dobrze, że nie potrzebowałaś więcej czasu, bo wyszłabyś jeszcze za tego dupka.- Wyszeptuje, wprost w moje usta, po czym łączy nasze wargi. Brakowało mi tego i nie wiem jak mogłam przeżyć choć dzień bez jego pocałunku.
-Jesteśmy na miejscu.- Przerywam nam głos Shannona.- Wiem, że jesteście w trakcie bardzo ważnego momentu, ale nie możemy siedzieć wieki w tym samochodzie.- Spoglądam na perkusistę, po czym otwieram drzwi auta. Przyglądam się jakiemuś podrzędnemu motelowi, pod którym się zatrzymaliśmy.- Przepraszamy za miejsce, ale tak wyszło.- Starszy z braci wzrusza ramionami, a ja uśmiecham się szeroko.
-Podoba mi się.
-Jesteś niepoprawna politycznie, Olivio Richardson.- Czuję obecność Jareda za sobą.
-Możemy się przejść i porozmawiać?- Odwracam się do niego i kiwam głową, zgadzając się.
-A masz może coś, w co mogłabym się przebrać?- Nagle dociera do mnie w jakiej sytuacji właśnie się znaleźliśmy. Przez rok nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem, a nawet gdyby próbował to zrobić, nie wiedziałby gdzie jestem, bo jak tchórz uciekłam do Jacka, a poza tym pewnie był zajęty trasą. Zastanawiam się tylko, czy on też przeżył nasze rozstanie tak jak ja. Przebieram się w jego czarne spodnie, które są kilkanaście centymetrów za długie i jedną z jego bluz. Jedną z tych, które to ja mu namalowałam. Wychodzę z łazienki, uprzednio podwijając nogawki.
-Przypomina mi o tobie.- Mówi, wskazują na górną część garderoby. Chyba nadal czyta mi w myślach. Uśmiecham się lekko, wychodząc z pomieszczenia. Idziemy przed siebie w ciszy, którą w końcu przerywam.
-Nadal o niej czasem myślisz?- Pytam, a on spogląda na mnie z bólem.
-Codziennie.- Wyszeptuje.- Jej strata boli mnie z taką samą siłą jak na początku.- Dodaje.- A bez ciebie, bolało to jeszcze bardziej.
-Przepraszam, ale ja nie umiałam…- Urywam, nie wiedząc co tak naprawdę chcę powiedzieć. Że nie umiałam poradzić sobie ze stratą dziecka? Czy, że patrząc na niego, czułam się źle? A bez niego jeszcze gorzej?
-Nie musisz nic mówić.- Obserwuję jak wkłada dłonie do kieszeni. Zatrzymuję się nagle, nawet nie myśląc co robię.
-Muszę, bo to ja rozwaliłam nasz związek.- Muzyk odwraca się w moją stronę.- Nie umiałam sobie z tym poradzić. Nie mogłam spać po nocach, ciągle myślałam o tym jakby wyglądało nasze życie z Melody.- Jared bierze głęboki wdech.
-Ale ja nie byłem lepszy.- Wymrukuje.- Uciekłem w prace. Nagraliśmy tą płytę, potem wymyśliłem tą durną trasę. Ja też jestem tym winnym.- Przygląda mi się ze smutkiem.- I wydawało mi się, że to pomoże, ale tak nie było. Teraz to wiem. Bo jedyne o czym myślałem przez ten cały rok byłaś ty i Melody. I znów stałem się Jaredem z przed ciebie i wyżywałem się na wszystkich i nienawidzę być tym Jaredem, ale tylko przy tobie jestem inny. Bo przy tobie jestem sobą i mam nadzieję, że damy sobie drugą szanse.- Uśmiecham się lekko.
-Bardzo chciałam to usłyszeć.- Szepczę, wtulając się w jego ciało.- Bardzo za tobą tęskniłam.- Wdycham jego zapach, który od zawsze przypominał mi o domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz