POSTACIE Strona głóna

niedziela, 11 grudnia 2016

74. WSZYTSKIE NIEDOKOŃCZONE SPRAWY

13 marca 2011

Budzę się wtulona w coś ciepłego. Otwieram oczy, przypominając sobie cały wczorajszy dzień, a mój wzrok kieruję się w stronę Jareda. Moje serce przyśpiesza i skacze z radości, że to on jest tu ze mną. Próbuję się podnieść, nie budząc przy tym mężczyzny, ale zatrzymują mnie jego ramiona.

-Nie uciekaj mi jeszcze.- Mruczy, z ciągle zamkniętymi powiekami.- Nie spałem tak dobrze od roku.- Otwiera oczy, a ja tonę w jego niebieskich tęczówkach. Kładę się z powrotem obok niego.

-Masz problemy ze spaniem?- Pytam, wpatrując się w brudnobiały sufit.

-Coś takiego.- Odpowiada.- Nie mogę zasnąć, a jak już mi się to uda, to po chwili budzi mnie jakiś koszmar.- Tłumaczy, a mi przypominają się własne sny, przez które czasem nie mogę zasnąć.

-Ja też tam mam.- Odzywam się, odnajdując jego dłoń. Delikatnie przejeżdżam po jego kostkach, a ten łączy nasze palce.

-Jesteś moim lekarstwem na zło.- Szepcze, przekręcając się na bok.- Bardzo cię kocham.- Wyznaje, wpatrując się w moje oczy.

-Ja też cię kocham i nigdy nie przestałam, ale jak wyobrażasz sobie to wszystko? Ty masz trasę, ja pracę.

-Olivio Carriee Richardson, czy ci się to podoba, czy też nie, ale jedziesz w trasę ze mną. Nie chcę cię stracić już nigdy więcej.- Kładzie rękę na moim policzku i delikatnie gładzi kciukiem moją skórę. W mojej głowię analizuję wszystkie plusy i minusy wyjazdu i mimo, że w moim mniemaniu tych drugich jest więcej, chociaż raz w życiu postanawiam zaryzykować.

-Zgadzam się.- Odzywam się, a muzyk marszczy brwi.

-Mówisz serio?- Dopytuje, a ja potwierdzam, kiwając głową.

-Tak.- Wypuszczam gwałtownie powietrze z ust, po czym zaczynam się śmiać.- Cholera, właśnie uświadomiłam sobie, że jeszcze nigdy na nikim nie zależało mi tak jak na tobie. Zrobię dla ciebie wszystko, rozumiesz? Tylko nie każ mi nikogo zabijać, bo w więzieniu wyląduję.- Muzyk dołącza do mojego śmiechu.

-A już zaczynałem się cieszyć, że wreszcie pozbędę się Shannona.- Komentuje, całując mnie w nos i przez moment mam wrażenie, że znów jesteśmy w kamienicy w NY.

-Jay?- Odzywam się, poważniejąc.- Sprzedałam mieszkanie.- Mówię, zastanawiając się jak zareaguje.

-Wiem.- Otwieram usta ze zdziwienia.- Jestem nowym właścicielem.- Uśmiecha się, a ja marszczę brwi. Przecież wiem komu sprzedawałam i to na pewno nie był on. Już otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale on mnie uprzedza.- Zmusiłem kolesia od oświetlenia, żeby je kupił, a potem odkupiłem je od niego.- Tłumaczy.- Nie mogłem pozwolić na to, by to miejsce należało do kogoś innego.- Podnoszę się gwałtownie do pozycji siedzącej.- Coś się stało?- Pyta Leto z obawą w głosie. Odwracam się w jego kierunku i uśmiecham lekko.

-Nie, po prostu wciąż nie mogę uwierzyć, ze tu jesteś. Przecież ja cię tak bardzo skrzywdziłam.- Macham dłonią przed oczami, próbując odpędzić łzy.- Przecież powinieneś mnie nienawidzić całym sercem.- Pociągam nosem, a łzy ignorują moje starania i po chwili spływają po moich policzkach. Jared podnosi się i przyciąga mnie do siebie, obejmując mnie mocno.

-Co ja ci kiedyś mówiłem o nienawiści?- Pstryka mnie w nos.- Kocham cię najbardziej na świecie. I swoim postępowaniem zraniłaś też siebie, nie zapominaj o tym.

-Przepraszam.- Wyrywam się z jego objęć.- Idę pod prysznic.- Mruczę, uciekając do łazienki. Rozbieram się i włączam lodowatą wodę, żeby się pobudzić. Nie wiem ile czasu stoję pod strumieniem, ale gdy zaczynam trząść się z zimna, wychodzę. Ubieram się w zwykłe, czarne dżinsy i jakąś starą koszulkę. Biorę głęboki wdech i otwieram drzwi, ale mężczyzny już w sypialni nie ma. Garbię się lekko i podążam w kierunku kuchni. No, o ile można to tak nazwać, bo to po prostu malutki salonik z blatem, kuchenką i lodówką na jednej ze ścian i małym stołem z dwoma krzesłami. Przez te kilkanaście tygodni, które tu spędziłam, to mi wystarczyło. Przy stoliku zauważam już ubranego muzyka.- Już jestem.- Odzywam się lekko.

-Olivia.- Zaczyna, a ja podchodzę bliżej i dostrzegam, że w dłoniach obraca pierścionek. Ten sam, który przez dwa lata nosiłam na palcu. Podnosi się i staje obok mnie.- Chcę, żebyś go miała.- Wręcza mi przedmiot.- Możesz z nim zrobić co tylko ze chcesz.- Przyglądam się wyrytym na nim znakom i po prostu zakładam na palec, czując że to jego miejsce i jednocześnie obiecując sobie, że już nigdy go nie ściągnę. Wracam spojrzeniem do niebieskookiego, który uśmiecha się leciutko.- Jesteś pewna?- Kiwam głową.- Nawet nie wiesz, jaki jestem w tej chwili szczęśliwy.- Przybliża się i całuje mnie czule, a ja czuję tyle miłości, jak jeszcze nigdy.- Mam rozumieć, że zaczynamy wszystko od początku?- Po raz kolejny potwierdzam, a mój brzuch się odzywa.- Chyba jesteś głodna.- Śmieje się cicho.- Siadaj, ja zrobię śniadanie.- Zajmuję jego poprzednie miejsce i przyglądam się jego ruchom. Podchodzi do lodówki i przez chwilę stoi z głową w urządzeniu.-Przestałaś być weganką?- Pyta.

-Nie?- Marszczę brwi, zastanawiając się, co takiego mógł tam znaleźć.

-Palisz?- Znów rzuca pytanie, a ja wybucham śmiechem. Leto odwraca się, a w dłoniach trzyma paczkę papierosów i jogurt malinowy.- To jest śmieszne?

-Nie palę. To Jacka. Czasem u mnie nocuje, bo ostatnio ma kłopoty z Karen, więc jak znajdziesz jakieś męskie ciuchy, to wszystko jego.- Wzdycham, podwijając nogi pod brodę.- Wiesz, White ciągle pracuje i w wytwórni siedzi chyba dłużej niż w domu, a Ruda ma trasę, ostatnio też jakieś pokazy w Europie.- Opieram głowę na kolanach.- Próbuję im jakoś pomóc, ale mam wrażenie, że tylko ja staram się naprawić ich związek. A Jackie mi tylko w tym przeszkadza. To jemu powinno zależeć, a nie mi.- Unoszę wzrok akurat w momencie, gdy niebieskooki stawia na blacie zwykły, biały kubek z kawą.

-Znalazłem tylko to.- Przysuwa sobie drugie krzesło i siada naprzeciwko mnie.- Może tak właśnie miało być i nie byli sobie przeznaczeni?- Łapie moją dłoń i ściska lekko.

-Już sama nie wiem. Chcę im się po prostu odwdzięczyć za to wszystko co dla mnie zrobili przez ten rok. Nawet nie wiesz jak mi pomogli.- Upijam łyk napoju.- Przepraszam, że tak ciągle gadam.- Wzdycham.- Opowiedz jak tam życie w trasie.

-Szczerzę?- Potwierdzam, a ten drapie się po włosach.- Okropnie. Uciekam w pracę i ze wszystkimi się kłócę. Nie wiem czy wiesz, ale mamy Olitę w zespole.

-Współczuję z całego serca. Ja z nim tygodnia nie wytrzymałam.

-To prawda, jest strasznie wkurzający, ale to jedyna osoba, która nie reagowała na moje krzyki i nie obrażała się.

-A co u Constance? Bardzo mnie znielubiła za to, że od ciebie odeszłam?- Uważam, żeby po raz kolejny nie użyć słowa „nienawiść", co wychodzi mi chyba dobrze.

-Była zrozpaczona, bo straciła jedyną córkę. Za to Shan, mimo, że wczoraj mówił, ze za tobą tęsknił...- Przerywam mu.

-Wiem. Napisał do mnie kiedyś maila. Wtedy gdy się upiłeś.- Dodaje, a ten uśmiecha się lekko.

- Wiesz, może ja skoczę do jakiegoś sklepu, bo przeszukałem całą kuchnię i nie znalazłem nic zdatnego do jedzenia.- Nachyla się i cmoka mnie w nos.- Gdzie znajdę najbliższy spożywczak?

-Na przeciwko.- Uśmiecham się lekko, a ten podnosi się.

-W takim razie zaraz wracam.- Kieruje się w stronę drzwi, które gwałtownie otwiera i staje jak zamurowany.- Chyba masz gościa.- Mruczy, a ja marszczę brwi, odkładając kawę na stolik.

-Macie.- Poprawia Jack wchodząc do środka.- Leto, nawet nie waż się uciekać.- Łapię mężczyznę za ramie i prowadzi na jego poprzednie miejsce, czyli krzesło obok mnie.- Co wy sobie wyobrażacie? A ty, baranie?- Zwraca się do niebieskookiego.- Myślałem, że jakoś zaopiekujesz się Olivią. Wiecie jak się o was martwiliśmy. Zniknęliście bez śladu, nie odbieracie telefonów.

-Przykro mi, ale mój został w twoim samochodzie, Sherlocku.- Fuczę, bo czasem naprawdę nie znoszę, gdy White zachowuje się jak mój starszy brat.

-Nie tym tonem, Lizi. Martwię się.- Przeczesuje włosy palcami.- A ty, co masz na swoją obronę?- Zwraca się do Jareda.

-Chyba zostawiłem komórkę w motelu.- Odpowiada nie pewnie.

-Więc twój brat to sierota.- Jack opiera się o blat, po czym zauważa paczkę fajek leżących obok.- Ahh... Dobrze, że je tu zostawiłem.- Mruczy i wyciąga jednego.

-Idź na balkon.- Mówię.- A ty, Jay, miałeś skoczyć do sklepu.- Przypominam.

-Już znikam.- Młodszy Leto po raz kolejny się podnosi i wychodzi z mieszkania, a ja idę za drugim muzykiem na mały tarasik, gdzie ten zatruwa siebie, mnie i cały świat.

-Sześć minut, kretynie.- Mruczę, siadając na parapecie. John odwraca się i opiera o barierkę twarzą do mnie, po czym gasi papierosa. Odkąd przeczytałam ile jeden przedmiot odbiera życia, ciągle męczę tym Whita.

-Pogodziliście się?- Pyta cicho, a ja niepewnie potwierdzam.- Bardzo się cieszę. Naprawdę.- Przybliża się i zamyka mnie w mocnym uścisku.- Kocham cię jak siostrzyczkę i bardzo zależy mi na twoim szczęściu, wiesz?- Odchyla mnie na kilka centymetrów.- Mam nadzieję, że już nigdy nie zrobisz takiego głupstwa jak rok temu.- Całuje mnie w czoło.

-A ty co robisz ze swoim życiem, co?- Zakładam ręce na piersi.- Przecież ty i Karen...- Przerywa mi.

-To koniec. Rozwodzimy się.- Przymyka powieki.- Wiesz, że się starałaś, ale to nasza wspólna decyzja. Zrozum, tak będzie lepiej.

-A co z dzieciakami?- Dopytuję.

-Nie wiem, ale nie chcę żebyś się obwiniała, bo wiem, że to robisz.- Uśmiecha się lekko.- Zdaje się, że to tylko i wyłącznie moja wina. Jasne, kochałem Karen, ale to chyba było bardzo przelotne uczucie, bo moje serce należy do kogoś innego.- Spuszcza wzrok.

-Zauważyłam.- Mruczę.- W takim razie dlaczego pozwoliłeś jej odejść?

-Tak naprawdę nigdy nie pozwoliłem. Jestem przy Megan zawsze, gdy mnie potrzebuje. Chociaż teraz ma męża. Zawsze bez wyjątku jej wysłucham, bo ją kocham, tak jak Jared kocha ciebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz