Zatrzymuję się w miejscu i
rozglądam dookoła, szukając wzrokiem blondynki. W końcu dostrzegam jej uśmiech.
Podchodzę do niej i nachylam się, składając na jej policzku krótkiego całusa, w
którego wkładam całe swoje serce.
-Cześć, Shan.- Mruczy, wtulając
się we mnie.
-Cześć, Em.- Odpowiadam, całując
ją we włosy, jednocześnie w duchu skacząc ze szczęścia, że mogę być tak blisko
niej.
-I jak poszło? Gdzie Jared?-
Odsuwa się na kilka centymetrów.- Został z Olivią?- Zakrywam jej usta dłonią,
hamując kolejne pytania.
-Ciii.. Wszystko się udało. Lee
jedzie z nami w dalszą trasę.- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej, a ta wyrywa mi
się i wtula mocno w moje ciało. Uwielbiam oglądać ją szczęśliwą. Nagle unosi
się na palcach i wbija w moje wargi. Przez moment nie ruszam się, nie wiedząc
jak mam zareagować, ale w końcu odwzajemniam pocałunek, obejmując ją w talii.
Jednak chwilę później odsuwa się niepewnie.
-Przepraszam, nie powinnam.-
Mruczy, spuszczając wzrok.
-Wiem, ale mi się podobało.-
Uśmiecham się, łapiąc ją za rękę.- Gdzie zaparkowałaś?- Wychodzimy na zewnątrz.
Co jak co, ale ja po prostu uwielbiam LA, tu wiecznie jest ciepło.
-Gdzieś tam.- Wskazuje palcem na
prawą stronę parkingu.- Wiesz, że ten pocałunek nic nie zmienia między nami?-
Pyta, spoglądając na mnie niepewnie.
-Wiem.- Obejmuję ją ramieniem.-
Ale bardzo za tobą tęskniłem.
-Ja za tobą też. To chyba mój
samochód.- Blondynka ze śmiechem spogląda na tablicę rejestracyjną.
-Mhm.- Mruczę.- Zarysowałem ci go
w tym miejscu dwa lata temu.- Wskazuję na drobną ryskę.
-Ty rozpoznajesz po czymś innym,
ja po czymś innym.- Śmieje się cicho. Wsiadamy do pojazdu i ruszamy, a ja
przypominam sobie wesele Matta, a raczej to co działo się potem…
Wychodzę z łazienki,
wycierając ręcznikiem włosy, po czym rzucam go na fotel. Idę w kierunku łóżka,
chcąc jak najszybciej się położyć, gdy ktoś puka. Wzdycham cicho, spoglądając
na zegarek. Jest już grubo po czwartej nad ranem. Mimo wszystko podchodzę do
drzwi i je otwieram. Za progiem dostrzegam uśmiechniętą Emmę.
-Co tu robisz?- Pytam, drapiąc
się po tyle głowy.- Powinnaś być u siebie. Przecież odprowadziłem cię pod twój
pokój.- Przyglądam jej się. Ciągle na sobie ma sukienkę z wesela, ale włosy
związała w koka.
-Shan.- Odzywa się, zagryzając
wargę.- Zamknij się. Wszystko psujesz gadaniem.- Podchodzi bliżej, kładąc dłonie
na mojej klatce piersiowej i podnosi się lekko na palcach, by wbić się w moje
wargi. Odwzajemniam pocałunek, ale po chwili odsuwam się na kilka centymetrów.
-Em, jesteś pijana.- Kładę
dłoń na jej policzku.
-Nie jestem. Chociaż raz na
jakiś czas chcę poczuć jak żyję.- Wyszeptuje, popychając mnie lekko do tyłu, a
kopniakiem zamykając drzwi.
* * *
Łapię dwie karty do pokojów-
mojego i Ludbrook i wychodzę na korytarz. Po chwili docieram do drzwi z numerem
54 i otwieram je, wchodząc do środka. Jak najszybciej zabieram dżinsy, jakąś
koszulkę i bieliznę dla kobiety. Wracam do mojego pokoju, gdzie w łóżku ciągle
śpi Em. Okładam ciuchy na fotelu i skrobię na karteczkę, coś w stylu „Jestem na
śniadaniu”. Po raz kolejny kieruję się do drzwi. Nie mogę patrzeć na nią, gdy
śpi, jak się budzi, bo wiem, że jeśli zaraz stąd nie wyjdę, będę wręcz pragnąć
budzić się przy niej każdego dnia. W momencie, gdy chwytam klamkę, po
pomieszczeniu roznosi się dzwonek mojej komórki.
-Cholera.- Syczę, wracając.
Łapię telefon i odbieram, nawet nie patrząc, kto dzwoni.- Czego?- Fuczę cicho,
starając się nie obudzić blondynki. Wychodzę na balkon.
-Gdzie ty jesteś? Śniadanie
jest.- Odzywa się Tomo, a ja wywracam oczami.- Nie ma tylko ciebie, Emmy,
Jareda i Olivii.- Automatycznie spoglądam na blondynkę, która przeciąga się na
łóżku. Szlag! Nie chciałem tego widzieć, a jednocześnie o tym marzyłem.
-Za chwilę przyjdziemy. Obudzę
ich.- Mruczę, po czym się rozłączam. Wracam do środka, gdzie Em czyta moją
wiadomość.- To nieaktualne. Jeszcze nie zdążyłem wyjść.- Odzywam się, a ta
odwraca się w moim kierunku, zagryzając wargę.
-Cześć.- Uśmiecha się lekko, a
ja przeklinam się za to, że nie wyszedłem wcześniej. Już nigdy nie uwolnię się
od tego widoku.
-Cześć. Chcesz jakąś tabletkę?
Pewnie masz niezłego kaca. Wczoraj nieźle zaszalałaś, skoro aż do mnie
zawędrowałaś.- Odwracam się, byle tylko na nią nie patrzeć. Kieruję się do
łazienki, gdzie pewnie znajdę jakieś środki przeciwbólowe, jednak zatrzymuje
mnie jej głos.
-Myślisz, że tylko po alkoholu
do ciebie przychodzę?- Pyta, a ja odwracam się i dostrzegam w jej oczach ból.
-Nie myślę tak.- Opieram się o
szafkę.- Ale na trzeźwo nigdy byś nie zaryzykowała „wielkiej kariery” u Jareda
dla mnie, jego nic nie znaczącego brata. Dla ciebie to wszystko- Macham dłonią
w powietrzu, próbując zobrazować naszą relacje.- nic nie znaczy.
-Bo to nie ma sensu, przecież
wiesz.- Przyglądam się jak kobieta sięga po koszulkę, którą po chwili ubiera,
nie pozwalając mi nawet przez sekundę podziwiać jej ciała.
-No właśnie jak dla mnie
powinniśmy spróbować.- Zakładam dłonie na torsie, ciągle się w nią wpatrując.
-Shannon, daj spokój.-
Wychodzi z pościeli i kieruję się do łazienki. Zaciskam mięśnie, po czym jej
rozluźniam, uspokajając się odrobinę.
-Cholera.- Mruczę. Znów to
samo. Właśnie dlatego nie chciałem jej oglądać rano, doskonale zdając sobie
sprawę z tego, jak będzie wyglądać ten poranek.- Wychodzę!- Krzyczę, tak aby
mnie usłyszała i niechcący trzaskam drzwiami, ale to może i lepiej. Niech
myśli, że się na nią obraziłem, czy coś w tym rodzaju. Idę korytarzem, dopóki
nie docieram do drzwi z numerem 55, który w naszym teledysku na moment zmienił
się na 6277. Chwytam za klamkę, a drzwi ustępują. Tylko oni są w stanie nie
zamknąć drzwi na kartę magnetyczną. Wchodzę do środka i dostrzegam obściskującą
się parę. Bez wyrzutów sumienia, skaczę na łóżko, przerywając im tą chwilę
czułości.
-Czego chcesz?- Pyta Jay,
przyciągając do siebie Olivię.
-Jako jedyni jeszcze nie wstaliście, a za chwilę nie zostanie dla was
ani okruszka ze śniadanie, więc polecam wybrać się do jadalni.- Mówię,
rozkładając się jeszcze wygodniej.
-Jak się tu dostałeś?- Richardson wstaje i kieruje się prosto do
łazienki, a ja przyglądam jej się, zastanawiając się dlaczego moje życie
miłosne jest do dupy.- Shan, nie gap się na nią.
-No już nie mogę przyjrzeć się dokładnie dziewczynie swojego brata?-
Uśmiecham się szeroko, bo wiem, że nie mogę się zdradzić.
-Nie, jeśli ma na sobie tylko prowizoryczną piżamę. A teraz odpowiadaj,
jak się tu dostałeś?
-Było otwarte.- Niebieskooki wzdycha.
-Chyba muszę nauczyć Olivię zamykać drzwi. Właśnie, dobrze, że sobie
przypomniałem. Czy jest coś między tobą, a moją asystentką?
-Przecież Emma nie ma czasu na romanse. Wczoraj tylko z nią
potańczyłem.- Wzruszam ramionami.- Nic więcej. Naprawdę.- Zapewniam, chociaż
lekko mija się to z prawdą.
-Dobra, Bro, wierzę ci. Tylko tak, z ciekawości pytałem.- Do sypialni
wraca Richardson w koszulce Jareda z Black Sabbath.
-Ja jestem gotowa, a ty?- Pyta, a Jared idzie do łazienki. Kieruję swój
wzrok na nią. Stoi, oparta o szafę z założonymi rękami, tak jak ja przed
kilkoma minutami.
-No co?- Pytam, unosząc brwi.
-Wiesz, że możesz mi powiedzieć o rzeczach, których nie chcesz mówić
jemu?- Wskazuje na drzwi, za którymi zniknął mój brat.
-Ale o co ci chodzi?- Dopytuję, tym razem marszcząc brwi. Czyżby się
czegoś domyśliła.
-Emma mi o wszystkim opowiedziała.- Otwieram usta ze zdziwieniem. Kurwa,
ale jak to? Ona by tego nie zrobiła, chociaż w oczach czarnowłosej nie
dostrzegam fałszu.
-I co o tym myślisz?- Pytam zrezygnowany.
-Nie wiem. Muszę pierwsze poznać twoją wersję zdarzeń.- Wzrusza
ramionami.
-Tu nie ma żadnych wersji zdarzeń. Po prostu od kilku lat sypiam z
asystentką brata, przy okazji się w niej zakochując na zabój, a ona ciągle mnie
odpycha.- Tym razem na twarzy dziewczyny dostrzegam zaskoczenia.
-Naprawdę?
-Co naprawdę? Przecież znasz prawdę.
-Blefowałam. Domyślałam się, że może coś między wami być, ale nie do
końca w to wierzyłam.- Drapie się po włosach, a ja wzdycham. Jestem kretynem.-
Ale spokojnie, nie pisnę ani słówka.- Uśmiecha się.- Musisz mi kiedyś na
spokojnie o tym opowiedzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz