POSTACIE Strona głóna

niedziela, 18 grudnia 2016

75. WSZYSTKO ZMIERZA W DOBRYM KIERUNKU



18 marzec 2011
Spoglądam na Shannona z pod zbyt długiej już grzywki. Chyba muszę ją w końcu podciąć. Macham głową, próbując odsłonić sobie widok, na co młodszy Leto ze śmiechem odgarnia mi włosy na boki i cmoka w nos. Perkusista uśmiecha się szeroko, by zaraz potem udać, że wymiotuje.
-Jesteście uroczy, ale to już przesada.- Komentuje, a na moje policzki wkraczają rumieńce. ZNOWU. Agrrr… Jakoś odzwyczaiłam się od tych czułości Jareda.- Dobra, ja się chyba będę już z wami żegnać, bo zaraz mam samolot.- Podchodzi bliżej.- Młody, mam nadzieję, że tym razem tego nie spieprzysz.- Zwraca się do swojego brata grożąc mu palcem wskazującym.- Bo następnym razem już ci nie pomogę.- Uśmiecha się jeszcze szerzej i klepie niebieskookiego w ramię, po czym prawie wyrywa mnie z objęć Jaya i sam zamyka mnie w swoich silnych ramionach.
-Shan, dusisz.- Mruczę, próbując się wyplątać.
-Kiedy ja się tak cieszę, że jednak jesteście razem.- Odsuwa mnie na kilka centymetrów.- Bo wiesz, przez ten rok był okropny.- Wskazuje palcem na muzyka, a ten wywraca oczami.
-Nie musisz mi tego wypominać. A, i żeby nie przyszło ci do głowy mówić komukolwiek, że znów jesteśmy razem. To ma być niespodzianka.
-Mhmmm… Na pewno. Ani słówka nie pisnę.- Potwierdza starszy, wreszcie mnie puszczając.- To kiedy mam się was spodziewać w LA?
-Muszę najpierw załatwić wszystkie sprawy tutaj.- Odzywam się, wracając w objęcia Jareda.- Może uwinę się do przyszłego tygodnia.- Dodaję.
-Tylko, moi drodzy, nie zapominajcie, że bodajże 27 mamy koncert w Brazylii, o ile dobrze kojarzę.- Mruży oczy, przyglądając nam się.
-Tak, wiemy. Mi nie musisz przypominać. A teraz, Bro, uciekaj, bo ci samolot ucieknie.
-No pewnie, już mnie wyganiasz.- Shannon udaję obrażonego, ale przybliża się do mnie i cmoka w czoło, po czym klepie swojego brata w ramie.- W takim razie, do zobaczenia. Mam nadzieję, że mimo głupoty tego tu obok ciebie, nie zmienisz zdania i zobaczę cię jeszcze.
-Obiecuję. To mój prezent na twoje urodziny.- Unoszę kąciki ust lekko.
-Trzymam cię za słowo.- Salutuje nam i odchodzi w kierunku bramek. Spoglądam na niebieskookiego, który w tym samym czasie kieruje swój wzrok na mnie.
-Wracamy?- Pyta, a ja kiwam głową, zgadzając się.- Ty naprawdę sądzisz, że nikomu o nas nie powie?- Mężczyzna spogląda na mnie z powątpieniem.- Oki, rozumiem.- Wychodzimy powoli z lotniska i po chwili już siedzimy w czarnym samochodzie należącym do mojego cholernego przyjaciela. Opieram głowę o szybę, czując się po prostu bezpiecznie, gdy za kierownicą siedzi młodszy Leto.- Gdzie mam jechać? Do domu Jacka czy do twojego mieszkania?- Pyta po długiej, ale przyjemnej ciszy. Spoglądam na czarny zegarek na nadgarstku.
-Właściwie to jedź w kierunku domu, a ja ci powiem gdzie skręcić. Odbierzemy dzieciaki ze szkoły.- Z kieszeni skórzanej kurtki wyciągam telefon i piszę wiadomość do Whita, który pewnie siedzi w wytwórni.- Henry cię polubił.- Dodaje, a mężczyzna uśmiecha się szeroko.
-To pewnie dlatego, że cały czas bawię się z nim samochodzikami.- Mówi, skręcając.- Zastanawiam się, ile czasu John spędza z nimi.- Spogląda przelotnie na mnie.
-Wbrew pozorom dużo.- Uśmiecham się.- Codziennie robi im śniadanie, kanapki do szkoły i pomaga im w nauce jak wróci, bawi się z nimi, rozmawia, zawsze przed snem coś opowiada.- Wymieniam.- Może i jest pracusiem, ale kocha je nad życie.- Milknę i nie odzywam się aż do momentu, w którym pokazuję mężczyźnie gdzie ma skręcić. Jay parkuje naprzeciwko wejścia do szkoły, tak, żeby od razu nas zauważyli i wysiadamy z samochodu. Niebieskooki opiera się o maskę, a ja staję przed nim i przechylam lekko głowę.
-Hej, a gdzie ty masz szalik? Przecież będzie ci zimno.- Pstryka mnie w nos, a ja robię dodatkowy krok do przodu i wpadam w jego ramiona.
-Ciepło mi.- Kładę głowę na jego klatce piersiowej i wsłuchuję się w micie jego serca. Ten nachyla się i przejeżdża nosem, po mojej odsłoniętej szyi, a po moim ciele przechodzi dreszcz.- Ej!- Odchylam się i patrzę prosto w jego oczy.- Co to miało być?
-Ubierz szalik, to przestanę.- Uśmiecha się szeroko, a ja chcąc, nie chcąc wracam do auta. Moment później wracam do niego, ale tym razem siadam na masce.- Tak się zastanawiam.- Odzywa się, a ja spoglądam na jego profil.- Czy jak David tak cię smyrał, to też tak reagowałaś?- Spogląda na mnie z powagą, jakby to było naprawdę dla niego ważne.
-Szczerzę?- Pytam, a ten zagryza wargę, potwierdzając.- Nie pozwalałam mu na nic. Tak naprawdę nawet się nie całowaliśmy.- Wyznaję.- Moje usta należą tylko do ciebie.- Wyszeptuje, a ten odwraca się i łączy nasze wargi w delikatnym pocałunku, który przerywają nam dwa urocze stworki.
-Ciocia i wujek!- Krzyczy ten młodszy. Odrywam się od muzyka i spoglądam na chłopca.
-Henry i Scarlett!- Przedrzeźniam go, a ten wystawia w naszym kierunku ręce.- O nie. Jesteś już za duży na noszenie na rękach.- Zeskakuję z maski i mierzwię jego brązowe włoski.- To, że tata cię ciągle nosi, nie znaczy, że ja też będę.- Kucam i poprawiam mu szalik i dosuwam go końca kurtkę.- Wskakujcie do samochodu.- Dzieciaki posłusznie zajmują miejsca z tyłu, a ja spoglądam na Jareda, który ciągle opiera się o pojazd i przygląda mi.- No co?- Pytam w końcu.
-A sama szalika ubrać nie chciałaś.- Mruczy, a ja szybko cmokam go w wargi.
-Nie marudź.- Idę śladem dzieci i również zajmuję miejsce w aucie, ale z przodu. Odwracam się do nich.- Pasy zapięte?- Dwie głowy kiwają się w górę i w dół.- W takim razie ruszamy. Jak było w szkole?
-Henry znów pobił się z Jacobem.- Odzywa się po raz pierwszy dziewczynka.
-Cholera.- Mruczę, ale nie na tyle cicho, żeby tego nie usłyszały. Leto włącza się do ruchu, jednocześnie spoglądając na mnie z uniesioną brwią.
-A tata mówił, że to słowo jest brzydkie i nie wolno nam go używać.- Krzywię się, słysząc brunetkę.
-Bo wasz tata ma racje. Jeśli kiedykolwiek usłyszę to słowo z waszych ust, to nie dostaniecie obiadu, jasne?- Przyglądam się im w lusterku.- Teraz, młody, mów o co tym razem poszło?
-Bo on jest głupi!- Buczy chłopiec, a ja wzdycham. I jak mu wytłumaczyć, że nie wolno bić kolegów.
-Wiesz ilu ja znam głupich ludzi?- Zaczyna niebieskooki, skręcając.- Począwszy od mojego brata, ale jakoś ich nie biję i ty też nie powinieneś.
-Ale wujek Shannon nie jest głupi.- Uśmiecham się, a że akurat stoimy na światłach, muzyk obraca się do tyłu z uniesioną prawą brwią.- No może trochę.- Przyznaje ze śmiechem.
-No widzisz.- Z powrotem patrzy na drogę, wjeżdżając na ulicę, na której mieszka Gillis.- Więc, ty też nie bij tego chłopczyka. Bo to bardzo nie ładnie i jeśli jeszcze raz się to powtórzy, to już nigdy się z tobą nie pobawię, jasne? – Zajeżdża pod bramę i spogląda na mnie.- Znasz kod, prawda?- Pyta, wskazując na klawiaturę z cyferkami.
-091077- Dyktuję, a ten wklepuje liczby, dzięki czumu brama się odsuwa.
-To twoja data urodzenia.- Mówi.
-Jack stwierdził, że moja data urodzenia jest najbezpieczniejsza i przynajmniej nie zapomni o mnie.- Uśmiecham się.- Gdyby dał dzieciaków, swoją albo Karen ktoś mógłby się domyślić.- Tłumaczę.
-W sumie racja.
                                *                      *                      *
Siadam na stopach i przyglądam się jak Scarlett rozwiązuje zadania z matematyki, jednocześnie sprawdzając, czy nie robi jakiś błędów. W końcu dziewczynka zamyka zeszyt i spogląda wyczekująco na mnie.
-Mogę już iść?- Pyta, wpatrując się na mnie.
-To na pewno wszystkie zadania?- Kiwa główką, a jej brązowe loczki latają we wszystkie strony.- W takim razie uciekaj.- Dziewczynka podnosi się z małego krzesełka i biegnie w kierunku dywanu, gdzie Jared z Henrym bawią się samochodzikami. Ja również się podnoszę, z tym wyjątkiem, że ja idę do kuchni.- Głodni?- Wołam.
-Nie!- Odpowiadają mi dwa głosy. Biorę więc tylko butelkę wody i wracam do pomieszczenia, gdy drzwi wejściowe się otwierają i pojawia się Jack.
-Cześć, Lizi.- Uśmiecha się szeroko i cmoka mnie w czoło.- Gdzie ukrywają się moje łobuzy?- Pyta, a po chwili obok niego pojawiają się dwa stworki.
-TATA!!!- Wrzeszczą, a ja zatykam uszy.
-Hej, cicho, bo ciotka ogłuchnie przez was.- Bierze dzieci na ręce, a ja wracam do salonu, do Jareda. Siadam obok niego na dywanie i szturcham łokciem.
-Masz jeszcze energię do zabawy?- Mruczę, odkładając głowę na jego ramieniu.
-Do zabawy z tobą, zawsze.- Rusza brwiami, a ja wybucham śmiechem.
-Nie oto mi chodziło, głupku.- Podnoszę się i całuję go lekko.
-Nie miziajcie się przy dzieciach.- Komentuje White, odkładając swoich potomków na sofę.- Dzwoniłem do kolesia od mieszkania. Jeśli zależy ci na czasie, możesz zrezygnować z umowy w tym tygodniu.
-Naprawdę?- Zagryzam wargę, wpatrując się w czarnowłosego.
-No tak. W wytwórni też nic cię nie trzyma, więc spakujesz się i możesz wyjeżdżać.- Wzrusza ramionami. Zrywam się z podłogi i wtulam w niego.
-Uwielbiam cię.- Mruczę w jego czarną koszulkę, a ten śmieje się cicho.
-Wiem, Lizi, wiem.
-Kiedy wraca Karen? Nie zostawię cię samego z tymi łobuzami.- Odsuwam się na kilka centymetrów.
-Pojutrze wieczorem, ale dam sobie radę. Henry, chcesz odwiedzić ciocię Roxie w wytwórni?- Zwraca się do chłopczyka, a ten podskakuję na kanapie.
-TAK!!!- Spoglądam z powątpieniem na mężczyznę.
-Chyba zwariowałeś. Rozpętasz trzecią wojnę światową, zabierając go do pracy.- Może i Henry uwielbia odwiedzać ojca w wytwórni, ale jednocześnie Roxanne tego nie znosi. Tylko nie jestem pewna dlaczego. Może przez to, że mały Gillis demoluje wszystko na swej drodze, a może przez to, że dziewczyna ledwo radzi sobie z jego ojcem.- Jay, zostajemy tu, dopóki nie wróci Ruda.- Ogłaszam, a Jack wywraca oczami.
-No przecież nie będzie aż tak źle.
-Będzie jeszcze gorzej. Zresztą, koniec tematu. Jesteś głodny? Póki jeszcze tu jestem, mogę ci ugotować coś porządnego.
-Cholera.- Mówi Henry, ni stąd ni zowąd, a ja otwieram szeroko usta, mierząc spojrzeniem chłopca.
-Henry Lee, czy ja się przesłyszałem, czy jednak coś powiedziałeś?- Mały, kręcony brunecik kiwa główką w górę i w dół.- Kto cię nauczył takich brzydkich słów?- Palec chłopczyka zmierza prosto w moją stronę, a ja jedyne co mogę zrobić, to wyrzucić ręce w górę.
-To nie ja!- Czarnowłosy unosi prawą brew do góry, zresztą podobnie jak Jared.- No dobra, raz czy dwa mi się wymsknęło.- Dodaję.- A ty, stworze, nie dostaniesz obiadu, tak jak obiecałam.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz