18 marzec 2011
Spoglądam na Shannona z pod zbyt
długiej już grzywki. Chyba muszę ją w końcu podciąć. Macham głową, próbując
odsłonić sobie widok, na co młodszy Leto ze śmiechem odgarnia mi włosy na boki
i cmoka w nos. Perkusista uśmiecha się szeroko, by zaraz potem udać, że
wymiotuje.
-Jesteście uroczy, ale to już
przesada.- Komentuje, a na moje policzki wkraczają rumieńce. ZNOWU. Agrrr…
Jakoś odzwyczaiłam się od tych czułości Jareda.- Dobra, ja się chyba będę już z
wami żegnać, bo zaraz mam samolot.- Podchodzi bliżej.- Młody, mam nadzieję, że
tym razem tego nie spieprzysz.- Zwraca się do swojego brata grożąc mu palcem
wskazującym.- Bo następnym razem już ci nie pomogę.- Uśmiecha się jeszcze
szerzej i klepie niebieskookiego w ramię, po czym prawie wyrywa mnie z objęć
Jaya i sam zamyka mnie w swoich silnych ramionach.
-Shan, dusisz.- Mruczę, próbując
się wyplątać.
-Kiedy ja się tak cieszę, że
jednak jesteście razem.- Odsuwa mnie na kilka centymetrów.- Bo wiesz, przez ten
rok był okropny.- Wskazuje palcem na muzyka, a ten wywraca oczami.
-Nie musisz mi tego wypominać. A,
i żeby nie przyszło ci do głowy mówić komukolwiek, że znów jesteśmy razem. To
ma być niespodzianka.
-Mhmmm… Na pewno. Ani słówka nie
pisnę.- Potwierdza starszy, wreszcie mnie puszczając.- To kiedy mam się was
spodziewać w LA?
-Muszę najpierw załatwić
wszystkie sprawy tutaj.- Odzywam się, wracając w objęcia Jareda.- Może uwinę
się do przyszłego tygodnia.- Dodaję.
-Tylko, moi drodzy, nie
zapominajcie, że bodajże 27 mamy koncert w Brazylii, o ile dobrze kojarzę.-
Mruży oczy, przyglądając nam się.
-Tak, wiemy. Mi nie musisz
przypominać. A teraz, Bro, uciekaj, bo ci samolot ucieknie.
-No pewnie, już mnie wyganiasz.-
Shannon udaję obrażonego, ale przybliża się do mnie i cmoka w czoło, po czym
klepie swojego brata w ramie.- W takim razie, do zobaczenia. Mam nadzieję, że
mimo głupoty tego tu obok ciebie, nie zmienisz zdania i zobaczę cię jeszcze.
-Obiecuję. To mój prezent na
twoje urodziny.- Unoszę kąciki ust lekko.
-Trzymam cię za słowo.- Salutuje
nam i odchodzi w kierunku bramek. Spoglądam na niebieskookiego, który w tym
samym czasie kieruje swój wzrok na mnie.
-Wracamy?- Pyta, a ja kiwam
głową, zgadzając się.- Ty naprawdę sądzisz, że nikomu o nas nie powie?-
Mężczyzna spogląda na mnie z powątpieniem.- Oki, rozumiem.- Wychodzimy powoli z
lotniska i po chwili już siedzimy w czarnym samochodzie należącym do mojego
cholernego przyjaciela. Opieram głowę o szybę, czując się po prostu
bezpiecznie, gdy za kierownicą siedzi młodszy Leto.- Gdzie mam jechać? Do domu
Jacka czy do twojego mieszkania?- Pyta po długiej, ale przyjemnej ciszy.
Spoglądam na czarny zegarek na nadgarstku.
-Właściwie to jedź w kierunku
domu, a ja ci powiem gdzie skręcić. Odbierzemy dzieciaki ze szkoły.- Z kieszeni
skórzanej kurtki wyciągam telefon i piszę wiadomość do Whita, który pewnie
siedzi w wytwórni.- Henry cię polubił.- Dodaje, a mężczyzna uśmiecha się
szeroko.
-To pewnie dlatego, że cały czas
bawię się z nim samochodzikami.- Mówi, skręcając.- Zastanawiam się, ile czasu
John spędza z nimi.- Spogląda przelotnie na mnie.
-Wbrew pozorom dużo.- Uśmiecham
się.- Codziennie robi im śniadanie, kanapki do szkoły i pomaga im w nauce jak
wróci, bawi się z nimi, rozmawia, zawsze przed snem coś opowiada.- Wymieniam.-
Może i jest pracusiem, ale kocha je nad życie.- Milknę i nie odzywam się aż do
momentu, w którym pokazuję mężczyźnie gdzie ma skręcić. Jay parkuje naprzeciwko
wejścia do szkoły, tak, żeby od razu nas zauważyli i wysiadamy z samochodu.
Niebieskooki opiera się o maskę, a ja staję przed nim i przechylam lekko głowę.
-Hej, a gdzie ty masz szalik?
Przecież będzie ci zimno.- Pstryka mnie w nos, a ja robię dodatkowy krok do
przodu i wpadam w jego ramiona.
-Ciepło mi.- Kładę głowę na jego
klatce piersiowej i wsłuchuję się w micie jego serca. Ten nachyla się i przejeżdża
nosem, po mojej odsłoniętej szyi, a po moim ciele przechodzi dreszcz.- Ej!-
Odchylam się i patrzę prosto w jego oczy.- Co to miało być?
-Ubierz szalik, to przestanę.-
Uśmiecha się szeroko, a ja chcąc, nie chcąc wracam do auta. Moment później wracam
do niego, ale tym razem siadam na masce.- Tak się zastanawiam.- Odzywa się, a
ja spoglądam na jego profil.- Czy jak David tak cię smyrał, to też tak
reagowałaś?- Spogląda na mnie z powagą, jakby to było naprawdę dla niego ważne.
-Szczerzę?- Pytam, a ten zagryza
wargę, potwierdzając.- Nie pozwalałam mu na nic. Tak naprawdę nawet się nie
całowaliśmy.- Wyznaję.- Moje usta należą tylko do ciebie.- Wyszeptuje, a ten
odwraca się i łączy nasze wargi w delikatnym pocałunku, który przerywają nam
dwa urocze stworki.
-Ciocia i wujek!- Krzyczy ten
młodszy. Odrywam się od muzyka i spoglądam na chłopca.
-Henry i Scarlett!- Przedrzeźniam
go, a ten wystawia w naszym kierunku ręce.- O nie. Jesteś już za duży na
noszenie na rękach.- Zeskakuję z maski i mierzwię jego brązowe włoski.- To, że
tata cię ciągle nosi, nie znaczy, że ja też będę.- Kucam i poprawiam mu szalik
i dosuwam go końca kurtkę.- Wskakujcie do samochodu.- Dzieciaki posłusznie
zajmują miejsca z tyłu, a ja spoglądam na Jareda, który ciągle opiera się o
pojazd i przygląda mi.- No co?- Pytam w końcu.
-A sama szalika ubrać nie
chciałaś.- Mruczy, a ja szybko cmokam go w wargi.
-Nie marudź.- Idę śladem dzieci i
również zajmuję miejsce w aucie, ale z przodu. Odwracam się do nich.- Pasy
zapięte?- Dwie głowy kiwają się w górę i w dół.- W takim razie ruszamy. Jak
było w szkole?
-Henry znów pobił się z Jacobem.-
Odzywa się po raz pierwszy dziewczynka.
-Cholera.- Mruczę, ale nie na
tyle cicho, żeby tego nie usłyszały. Leto włącza się do ruchu, jednocześnie
spoglądając na mnie z uniesioną brwią.
-A tata mówił, że to słowo jest
brzydkie i nie wolno nam go używać.- Krzywię się, słysząc brunetkę.
-Bo wasz tata ma racje. Jeśli
kiedykolwiek usłyszę to słowo z waszych ust, to nie dostaniecie obiadu, jasne?-
Przyglądam się im w lusterku.- Teraz, młody, mów o co tym razem poszło?
-Bo on jest głupi!- Buczy
chłopiec, a ja wzdycham. I jak mu wytłumaczyć, że nie wolno bić kolegów.
-Wiesz ilu ja znam głupich
ludzi?- Zaczyna niebieskooki, skręcając.- Począwszy od mojego brata, ale jakoś
ich nie biję i ty też nie powinieneś.
-Ale wujek Shannon nie jest
głupi.- Uśmiecham się, a że akurat stoimy na światłach, muzyk obraca się do
tyłu z uniesioną prawą brwią.- No może trochę.- Przyznaje ze śmiechem.
-No widzisz.- Z powrotem patrzy
na drogę, wjeżdżając na ulicę, na której mieszka Gillis.- Więc, ty też nie bij
tego chłopczyka. Bo to bardzo nie ładnie i jeśli jeszcze raz się to powtórzy,
to już nigdy się z tobą nie pobawię, jasne? – Zajeżdża pod bramę i spogląda na
mnie.- Znasz kod, prawda?- Pyta, wskazując na klawiaturę z cyferkami.
-091077- Dyktuję, a ten wklepuje
liczby, dzięki czumu brama się odsuwa.
-To twoja data urodzenia.- Mówi.
-Jack stwierdził, że moja data
urodzenia jest najbezpieczniejsza i przynajmniej nie zapomni o mnie.- Uśmiecham
się.- Gdyby dał dzieciaków, swoją albo Karen ktoś mógłby się domyślić.-
Tłumaczę.
-W sumie racja.
* * *
Siadam na stopach i przyglądam
się jak Scarlett rozwiązuje zadania z matematyki, jednocześnie sprawdzając, czy
nie robi jakiś błędów. W końcu dziewczynka zamyka zeszyt i spogląda wyczekująco
na mnie.
-Mogę już iść?- Pyta, wpatrując
się na mnie.
-To na pewno wszystkie zadania?-
Kiwa główką, a jej brązowe loczki latają we wszystkie strony.- W takim razie
uciekaj.- Dziewczynka podnosi się z małego krzesełka i biegnie w kierunku
dywanu, gdzie Jared z Henrym bawią się samochodzikami. Ja również się podnoszę,
z tym wyjątkiem, że ja idę do kuchni.- Głodni?- Wołam.
-Nie!- Odpowiadają mi dwa głosy.
Biorę więc tylko butelkę wody i wracam do pomieszczenia, gdy drzwi wejściowe
się otwierają i pojawia się Jack.
-Cześć, Lizi.- Uśmiecha się
szeroko i cmoka mnie w czoło.- Gdzie ukrywają się moje łobuzy?- Pyta, a po chwili
obok niego pojawiają się dwa stworki.
-TATA!!!- Wrzeszczą, a ja zatykam
uszy.
-Hej, cicho, bo ciotka ogłuchnie
przez was.- Bierze dzieci na ręce, a ja wracam do salonu, do Jareda. Siadam
obok niego na dywanie i szturcham łokciem.
-Masz jeszcze energię do zabawy?-
Mruczę, odkładając głowę na jego ramieniu.
-Do zabawy z tobą, zawsze.- Rusza
brwiami, a ja wybucham śmiechem.
-Nie oto mi chodziło, głupku.-
Podnoszę się i całuję go lekko.
-Nie miziajcie się przy
dzieciach.- Komentuje White, odkładając swoich potomków na sofę.- Dzwoniłem do
kolesia od mieszkania. Jeśli zależy ci na czasie, możesz zrezygnować z umowy w
tym tygodniu.
-Naprawdę?- Zagryzam wargę,
wpatrując się w czarnowłosego.
-No tak. W wytwórni też nic cię
nie trzyma, więc spakujesz się i możesz wyjeżdżać.- Wzrusza ramionami. Zrywam
się z podłogi i wtulam w niego.
-Uwielbiam cię.- Mruczę w jego
czarną koszulkę, a ten śmieje się cicho.
-Wiem, Lizi, wiem.
-Kiedy wraca Karen? Nie zostawię
cię samego z tymi łobuzami.- Odsuwam się na kilka centymetrów.
-Pojutrze wieczorem, ale dam
sobie radę. Henry, chcesz odwiedzić ciocię Roxie w wytwórni?- Zwraca się do
chłopczyka, a ten podskakuję na kanapie.
-TAK!!!- Spoglądam z powątpieniem
na mężczyznę.
-Chyba zwariowałeś. Rozpętasz
trzecią wojnę światową, zabierając go do pracy.- Może i Henry uwielbia
odwiedzać ojca w wytwórni, ale jednocześnie Roxanne tego nie znosi. Tylko nie
jestem pewna dlaczego. Może przez to, że mały Gillis demoluje wszystko na swej
drodze, a może przez to, że dziewczyna ledwo radzi sobie z jego ojcem.- Jay,
zostajemy tu, dopóki nie wróci Ruda.- Ogłaszam, a Jack wywraca oczami.
-No przecież nie będzie aż tak
źle.
-Będzie jeszcze gorzej. Zresztą,
koniec tematu. Jesteś głodny? Póki jeszcze tu jestem, mogę ci ugotować coś
porządnego.
-Cholera.- Mówi Henry, ni stąd ni
zowąd, a ja otwieram szeroko usta, mierząc spojrzeniem chłopca.
-Henry Lee, czy ja się przesłyszałem,
czy jednak coś powiedziałeś?- Mały, kręcony brunecik kiwa główką w górę i w
dół.- Kto cię nauczył takich brzydkich słów?- Palec chłopczyka zmierza prosto w
moją stronę, a ja jedyne co mogę zrobić, to wyrzucić ręce w górę.
-To nie ja!- Czarnowłosy unosi prawą
brew do góry, zresztą podobnie jak Jared.- No dobra, raz czy dwa mi się wymsknęło.-
Dodaję.- A ty, stworze, nie dostaniesz obiadu, tak jak obiecałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz