POSTACIE Strona głóna

czwartek, 24 grudnia 2015

ROZDZIAŁ ŚWIĄTECZNY



25 grudzień 2002
Zatrzymuję się przed kamienicą, na której wisi wielki neonowy napis, ozdobiony świątecznymi łańcuchami. Robię kilka zdjęć, po czym schodkami w dół, wchodzę do baru. W środku panuje gwar rozmów.  Omijam jednego z klientów i siadam na stołku przy ladzie. Obok mnie pojawia się barman. Blondyn z lekkim zarostem i wielkim uśmiechem na ustach.
-Lee.- Kłania się.- Coś podać?
-Nie dziękuję. Jest Jake?- Rozglądam się po lokalu. Na drewnianym podeście rozkłada się jakiś zespół.
-Przyjdzie za dziesięć minut.- Odpowiada brązowooki.- Jak chcesz, możesz zaczekać u niego w gabinecie.- Kręcę przecząco głową, wracając spojrzeniem do sceny. Przyglądam się długowłosemu blondynowi, który opiera czarną gitarę o ścianę. Mówi coś do swoich kolegów, po czym idzie w naszym kierunku. Odwracam się i z uwagą obserwuję gramofon, stojący obok butelki z Jack Danielem.
-Daj dwie butelki piwa.- Zwraca się do mężczyzny za barem, po czym spogląda na mnie. Uśmiecha się delikatnie, a w jego oczach dostrzegam coś dziwnego. Przyglądamy się sobie, dopóki nie przerywa nam barman, kładąc przed mężczyzną zamówienie.- Dziękuję.- Podaje mu banknot, wraca do zespołu i wręcza, zapewnie perkusiście jego napój, a sam upija łyk, po czym kieruje swój wzrok na mnie.
-Spodobałaś mu się.
-Daj spokój, Pat.- Mruczę.- Co to za zespół?
-Nie wiem. Grają tu pierwszy raz. Musisz się Jake dopytać. To on się zajmuje tym wszystkim.- Wywraca dłońmi w powietrzu, a ja śmieję lekko.- Ja tu tylko drinki podaję.- Wzrusza ramionami.- Na pewno nic nie chcesz?
-Skoro tak nalegasz, to nalej mi soku pomarańczowego. – Po raz kolejny rzucam okiem na podest. Niebieskooki nadal mi się przygląda, przez co obrywa od perkusisty. Brązowooki podaje mi szklaneczkę, po czym zajmuje się jakimś klientem. Podnoszę się ze stołka i przechodzę na sofę stojącą w kącie pomieszczenia.
Po kilku minutach niebieskooki podnosi gitarę, podobnie jak dwóch innych mężczyzn. Czwarty, którego uznałam za perkusistę siada na stołeczku z wielkim uśmiechem i podrzuca pałeczkami. Blondyn zaczyna grać, a moment później dołącza do niego reszta.
-A simple fear to wash you away
An open mind canceled it today
A silent song that's in your words
A different taste that's in your mind

This is the life on Mars
This is the life on Mars-
Śpiewa niebieskooki, a ja odpływam pod wpływem ich muzyki, jego głosu.
Przez ponad godzinę siedzę wpatrzona w nich, obiecując sobie, że jeszcze kiedyś przyjdę na ich koncert. A nawet jeśli mi się to nie uda, zrobiłam zdjęcia, żeby nigdy nie zapomnieć uczucia jakie mi towarzyszyły, słuchając ich. W końcu podnoszę się i wracam do baru. Uśmiecham się do blondyna.
-Dziesięć minut?- Mruczę.
-Chyba coś mu się przedłużyło.- Odburkuje.- A ty czemu nie z rodziną? Dzisiaj Boże Narodzenie.- Spoglądam na podest i obserwuję jak zespół kończy występ, po czym zaczynają składać sprzedać sprzęt.
-Chciałam dać wam prezenty. A poza tym wiesz jak u nas jest. Terry i Alice jakoś się nie dogadują.- Wracam wzrokiem do barmana.
-Może w tym roku nie będzie, aż tak źle.- Unoszę prawą brew w górę.
-Ty nie wiesz co mówisz. Z Jakem było znośnie, z ojcem jest koszmarnie. Babcia nienawidzi każdego faceta, z którym spotyka się moja mama.
-To prawda. Alice jest okropna.- Odzywa się głos za mną.- Lee, co tu robisz?
-Czekałam na ciebie.- Wstaję i staję przodem do mężczyzny.
-Chodź na zaplecze.- Prowadzi mnie do pomieszczenia, w którym mogą przesiadywać pracownicy.
-Wesołych Świąt.- Uśmiecham się i z torby wyciągam zapakowaną niespodziankę. Wymieniamy się prezentami. Otwieram pakunek i ze środka wyciągam czarną ramkę ze zdjęciem moim, mamy i braćmi Foley z pobytu w drewnianym domku, gdzieś w środku lasu. To były najlepsze wakacje w moim życiu.
-Czy to jest to co myślę?- Unoszę głowę i dostrzegam mężczyznę przytulającego płytę „Upplugged in NY” Nirwany w wersji winylowej.
-Raczej tak.- unoszę kąciki ust jeszcze wyżej, gdy przyciąga mnie do siebie i zamyka szczelnym uścisku.
-Gdzie ją znalazłaś?- Puszcza mnie i ogląda opakowanie ze wszystkich stron.
-To jest już moja słodka tajemnica.- Nagle w środku pojawia się głowa Patricka.
-Mała, ja też mam dla ciebie prezent.- Puszcza mi oczko, wchodząc w głąb. Rzuca mi skromnie zapakowane płaskie pudełko. Uśmiecham się jeszcze szerzej, łapiąc w locie podarunek. Z torby wyciągam tym razem „Diamond Dogs” Davida Bowie, również na winylu. Wręczam mu ją, jednak w odróżnieniu do niego, po prostu ją podaję. Po czym zaczynam odpakowywać prezent. Wyjmuję kolejną ramkę, tym razem srebrną z tym samym zdjęciem i zaczynam się śmiać.- Coś nie tak?- Dopytuje, ten młodszy, a ja wskazuję na prezent od Jake.
-Następnym razem dogadajcie się, który co mi daje.
-Czekaj, czy to płyta Bowiego?- Rozszerza oczy.
-Tak. Podoba się?
-Jake, czy ty to widzisz?- Jego brat ze śmiechem wskazuje na swoją płytę.- Nie, to naprawdę „Upplugged”? Nie wierzę. Idę to puścić.- Pat znika za drzwiami.
-Och, Lee… Jesteś trzecią najważniejszą kobietą w moim życiu, zaraz po mojej matce i Elizabeth. Traktuję cię jak córkę.- Wyznaję, a ja wtulam się w niego.
-Wiem.- Staję na palcach i całuję go w policzek.- Chyba muszę już iść. Mama będzie się martwić. Wyszłam, jak Terry i Alice się kłócili, a ona próbowała ich uspokoić.- Mruczę, cofając się o krok.
-Odwiozę cię. Zrobiło się zimno.- Uśmiecha się delikatnie.- Powiem tylko Patrickowi, a ty już idź.- Wręcza mi kluczyki. Zabieram zdjęcia i wychodzę przez zaplecze na parking. Wsiadam do samochodu i ze schowka wyciągam miętowe gumy. Po chwili mężczyzna zjawia się obok mnie. Odpala auto i rusza.
-Co to za zespół? Ten który występował w barze.- Przegryzam wargę, przypominając sobie oczy wokalisty.
-Poznałem ich niedawno. To Thirty Seconds To Mars, ale u mnie występowali pod jakąś inną nazwą. Widać, ze kochają grać.
-Tak, to prawda.- Mruczę i odlatuję. Świadomość wraca mi, gdy blondyn parkuje pod białym, jednorodzinnym domku.
-El mówiła, że rozstałaś się ze Scottem.- Spoglądam na niego.- Myślałem, że może…- Przerywam mu.
-Zdradził mnie.- Zamykam powieki.- Kilka razy.- Po policzku spływa mi jedna, samotna łza.
-Lee, przykro mi.- Szepcze, a ja gwałtownie otwieram oczy.- W końcu znajdziesz sobie kogoś, kto jest ciebie wart.- Uśmiecham się delikatnie, obserwując jak w kierunku samochodu idzie mama, ubrana w płaszcz, który nawet nie jest zapięty. Razem z Foleyem wysiadamy z samochodu. Czarnowłosa obejmuje mnie i całuje w głowę.
-Martwiłam się o ciebie.-Mruczy we włosy.- Idź do domu. Ja muszę jeszcze porozmawiać z Jakem.- Puszcza mnie. Żegnam się z blondynem i odwracam w kierunku domu i dostrzegam Terenca w drzwiach. Macha do nas. Biegiem docieram do ojca i całuje go w policzek.
-Dziadkowie jeszcze są?- Pytam.
-Henry tak, Alice wróciła.- Mruczy. Omijam go i wchodzę w głąb budynku. Po szybkim przywitaniu się z dziadkiem, biegnę po schodach do pokoju. Zaraz po zamknięciu drzwi wyciągam moje prezenty od braci i obie ramki kładę na szafce, stojącej obok łóżka. Przez chwilę im się przyglądam.
Po szybkim prysznicu, pakuję się do łóżka. W momencie, gdy chcę zgasić światło, do środka zagląda dziadek.
-Mogę?- Uśmiecham się, kiwając głową. Brązowooki siada obok mnie.- Przepraszam za Alice. Ona jest dość specyficzna.
-Wiem, Henry, wiem.- Uśmiecham się.- Zdążyłam się już przyzwyczaić.
-To dlaczego uciekłaś?- Wzruszam ramionami.
-Chyba chciałam odetchnąć. I spotkać się z Jakem i Patrickiem. Dałam im prezent, spędziłam dobrze czas i wróciłam. To tyle.
-Wiesz, że ze mną zawsze możesz porozmawiać?- Potwierdzam ruchem głowy.- W takim razie dobranoc.
-Dobranoc.- Dziadek wychodzi, a ja gaszę światło.



JARED
Wchodzimy do budynku. Podchodzę do baru, zostawiając resztę przy schodach. Za ladą stoi blondyn z lekkim zarostem.
-Jake?- Pytam, nie będąc pewny, który to z bliźniaków.
-Patrick. Jake gdzieś wyszedł.- Odzywa się z uśmiechem.- Wy jesteście tym zespołem?- Kiwam głową, potwierdzając.- Na scenie jest już perkusja, ale nie wiedziałem ile mam tego przynieść. Jak chcecie możecie przynieść jeszcze coś z backstage’u. Pełno tam instrumentów, ale widzę, że macie własne gitary.- Wskazuje na chłopaków, rozglądających się po lokalu.- Czujcie się jak u siebie.- Wraca do czyszczenia szklanki.
-Dziękuję.- Rzucam, po czym kiwam na resztę, a sam kieruję się w stronę sceny.
-Co ta perkusja taka uboga?- Pyta Shan, wpatrzony w sprzęt.- Mówiłem, żeby wziąć moją.
-Nie narzekaj.- przykładam mu z łokcia w żebra, a ten zgina się ze śmiechem. Kelvin i Solon zaczynają się rozkładać, a ja z bratem idziemy na backstage. Wpadam na mężczyznę, który prowadzi. Wychylam się zza niego, co jest dość proste, zwarzywszy na to, iż jest niższy. Pod ścianą stoi zaawansowany zestaw perkusyjny, w który wlepia swój wzrok starszy Leto.
-Bro, mam nadzieję, że jeszcze tu wrócimy, bo właśnie się zakochałem.- Mówi pod nosem, a ja klepię go po ramieniu ze śmiechem.
-Jeśli się spodoba, to czemu nie?- obdarzam go uśmiechem.- A teraz dyktuj, co mam przenieść.
-Wszystko.
Po kilku okrążeniach, wreszcie wszystko jest na swoim miejscu, no prawie. Moja Artemisa jest nadal zamknięta w futerale. Wzdycham, wyjmując ją. Opieram instrument o ścianę. Okey, teraz jest idealnie, oprócz tego, że czuję się obserwowany.
-Chłopaki, chcecie coś z baru?- Pytam.
-Piwko, o ile ktoś nas potem odwiezie.- Odzywa się Shan, wpatrując jednocześnie w Bixlera, do którego należy samochód, którym przyjechaliśmy.
-Jak poprosicie.- Solon puszcza nam oczko.- No raczej.- Śmieje się. Schodzę ze sceny, a czarnowłosa siedząca przy barze szybko obraca głowę.
-Daj dwie butelki piwa.- Zwracam się do barmana, po czym odwracam w kierunku dziewczyny. Włosy związała z warkocza. Przejeżdżam spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się na zielonych oczach, które mi się przyglądają i po prostu się w nich zatracam. Nawet nie kontroluję, jak na moich ustach pojawia się uśmiech. Nagle dociera do mnie dźwięk zetknięcia się szkła i drewna. Spoglądam na ladę, gdzie stoją dwie butelki piwa.- Dziękuję.- Mówię, nie wierząc w to co stało się przed chwilą. Wracam na scenę, potrząsając głową, dla rozjaśnienia umysłu. Wręczam bratu jego napój, po czym kieruję wzrok na czarnowłosą, która dyskutuje z blondynem. Nagle odwraca się i patrzy prosto na mnie. Tak piękną chwilę niszczy, nie kto inny, a Shan. Uderza mnie pałeczką w głowę, jakbym był jakimś bębnem.
-Zwariowałeś?- Jęczę, łapiąc się w miejsce uderzenia.
-Zaczynamy?- Kiwam lekko głową, potwierdzając.
Odkładam butelkę piwa na stolik w kącie i przewieszam przez ramie gitarę. Zaczynamy od "Buddha for Mary", a potem „Capricorn”, „Fallen”, „Welcome to the Universe” i kilka innych z naszej pierwszej płyty. Przez cały występ czarnowłosa przygląda mi się z uwagą, robiąc w między czasie kilka zdjęć. Podczas naszej ostatniej piosenki, dziewczyna podnosi się z zielonej kanapy i podchodzi do baru. Kończę występ i odkładam gitarę do futerału. Już mam zamiar iść w kierunku baru, gdy powstrzymuje mnie ręka na ramieniu. Spoglądam na dłoń, a potem na jej właściciela, którym okazuje się być mój braciszek.
-Chyba nie zostawisz nas samych ze składaniem sprzętu?- Wysyła mi uśmiech, a ja się krzywię, rzucając ostatnie spojrzenie na zielonooką. Przecież mi nie ucieknie, nie? Zaczynam przenosić perkusje z powrotem na backstage. Gdy kończymy wracam spojrzeniem na bar, jednak po dziewczynie nie ma ani śladu.
-Cholera.- Mruczę, jednak obmyślam już plan.- Chłopaki, jak wam się podobało?- Zwracam się do zespołu.
-Nieźle. Spokojnie, wreszcie.- Odzywa się Kevin, wkładając do ust papierosa, jednak nie zapalając go. Po prostu wciąga się samym zapachem tytoniu.
-Dokładnie. Podoba mi się.- Dodaje Solon.
-Mi też, a szczególnie perkusja.- Komentuje Shannon, rzucając we mnie pałeczką. Łapie ją w locie i po kolei wskazuję na każdego z nich.
-Czyli co? Chcemy grać tu częściej?
-A ludzie się nie dowiedzą?- Drewniana pałka po raz kolejny wskazuje na Drake.
-Nie dowiedzą się, bo będziemy zmieniać nazwę. Z każdym występem inna.- Uśmiecham się szeroko.- A więc?
-Tak.
-Tak.
-Tak.- Odpowiadają po kolei.
-Teraz tylko trzeba się spytać, czy piszą się na to.- Kieruję się do Patricka, stojącego za ladą.- Jest Jake?
-Wpadł na moment, ale znów wyszedł.- Odpowiada mężczyzna.- Ale może ja mogę ci pomóc.
-Zastanawiam się, czy moglibyśmy występować tu częściej?- Zagrywam wargę czekając na odpowiedź. W między czasie wyłapuję głos Davida Bowiego, wydobywającego się z gramofonu.
-Dla mnie to nie problem. Podobało mi się, ale to zależy od brata. Zadzwoń do niego w wolnej chwili.
                                *                      *                      *
Wysiadamy z samochodu, należącego do Bixlera. Łapię mój futerał z Artemisą  i kieruję się w stronę domu, podobnie jak brat, podrzucający pałeczki. Machamy do chłopaków, a oni odjeżdżają. Otwieram drzwi wejściowe, a do moich uszu dochodzą dźwięki „Last Christmas”. Rzucam zdziwione spojrzenie na Shana, a ten wzrusza ramionami, równie zdezorientowany jak ja. Wchodzimy do saloniku, w którym odbywają się wszystkie nasze muzyczne narady i dostrzegamy wysoką blondynkę, ubierającą choinkę. Odwraca się na dźwięk naszych kroków. Uśmiecham się szeroko i po chwili zamykam ja w uścisku.
-Mamo, co tu robisz?- Puszczam ją, przyglądając się z dokładnością jej włosom.- Zmieniłaś kolor?
-Moi synkowie nie będą spędzać Świąt sami.- Całuje mnie w policzek, by po chwili tak samo uczynić ze starszym Leto.- A gdzie Cameron? Nie powinniście spędzać ten czas razem?- Zwraca się do mnie, a ja wzdycham.
-Ile razy mam ci mówić, że to wszystko już skończone?- Opadam na sofę.- Nasz związek był tylko wymysłem jej menagera, a ja zdołałem się na to nabrać.- Mruczę.
-Ale przecież przyjęła twoje oświadczyny.-  Constance zajmuje miejsce obok mnie. Skupiam swój wzrok na choince, która jest już prawie ozdobiona. Shannon kończy zawieszać bombki, co chwila spoglądając na mnie.
-Przyjęła, bo tak jej kazali. Dla większego rozgłosu. Nigdy dla niej nic nie znaczyłem.- Opieram głowę na oparciu kanapy i przymykam oczy.
-Czyli nic z tego?- Uchylam oczy i potwierdzam.- Ale to nadal nie wyjaśnia, dlaczego przez tyle czasu jej nie poznałam.
-Nie masz co żałować, mamo.- Zaczyna perkusista.- Ona była jakaś dziwna.- Mówi, ozdabiając drzewko niebieskim łańcuchem. Zrywam się z kanapy.
-Mam coś dla ciebie, aczkolwiek myślałem, że dam ci to później.- Biegnę na piętro, a za mną brat, który pewnie również przypomniał sobie o prezentach. Wpadam do pokoju i przeszukuję go. W końcu w moje ręce wpada pudełko z podarunkiem dla rodzicielki. Wychodząc z pokoju, wpadam na bruneta. Marszczę brwi i w tym samym momencie zrywamy się biegiem w stronę schodów. Obrywam łokciem w brzuch i ramię, ale sam nie pozostaje mu dłużny.
-Chłopcy.- Upomina nas mama z uśmiechem, a my wybuchamy śmiechem. Ostatecznie docieram do kobiety pierwszy. Wręczam jej pudełeczko. Całuje mnie w policzek i zabiera się za odpakowywanie go. Uśmiecham się szeroko, widząc wkurzoną minę brata. No cóż, musi przyzwyczaić do porażek.- Gdzie znalazłeś to zdjęcie?- Pyta, a ja dostrzegam lekko widoczną łzę, spływającą po jej policzku. Nachylam się nad jej prawym ramieniem, a Shannon nad lewym i wpatrujemy się w czarno-biały obrazek przedstawiający nas jako małych szkrabów bawiących się na dywanie. Mama śpi obok nas, zmęczona dniem w pracy.- Jest piękne. Dziękuję.- Przechyla głowę i po raz kolejny całuje mnie w policzek.- No, Shannie, teraz twoja kolej.- Starszy Leto zrywa się i staje przed naszą rodzicielką. Odsuwam się o krok i przyglądam jak wręcza jej małe pudełeczko. Kobieta otwiera je i wyciąga cieniutki wisiorek z nutką.
-Podoba się?
-Nawet nie wiesz jak bardzo.- Jego również całuje.- Ja też mam dla was prezenty. Leżą już pod choinką.- Spoglądam na dwa opakowania pod drzewkiem.
-Mi wystarczy, to że jesteś.- Mówię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz