25 grudzień 2002
Zatrzymuję się przed kamienicą,
na której wisi wielki neonowy napis, ozdobiony świątecznymi łańcuchami. Robię
kilka zdjęć, po czym schodkami w dół, wchodzę do baru. W środku panuje gwar rozmów.
Omijam jednego z klientów i siadam na
stołku przy ladzie. Obok mnie pojawia się barman. Blondyn z lekkim zarostem i
wielkim uśmiechem na ustach.
-Lee.- Kłania się.- Coś podać?
-Nie dziękuję. Jest Jake?-
Rozglądam się po lokalu. Na drewnianym podeście rozkłada się jakiś zespół.
-Przyjdzie za dziesięć minut.-
Odpowiada brązowooki.- Jak chcesz, możesz zaczekać u niego w gabinecie.- Kręcę
przecząco głową, wracając spojrzeniem do sceny. Przyglądam się długowłosemu
blondynowi, który opiera czarną gitarę o ścianę. Mówi coś do swoich kolegów, po
czym idzie w naszym kierunku. Odwracam się i z uwagą obserwuję gramofon,
stojący obok butelki z Jack Danielem.
-Daj dwie butelki piwa.- Zwraca
się do mężczyzny za barem, po czym spogląda na mnie. Uśmiecha się delikatnie, a
w jego oczach dostrzegam coś dziwnego. Przyglądamy się sobie, dopóki nie przerywa
nam barman, kładąc przed mężczyzną zamówienie.- Dziękuję.- Podaje mu banknot,
wraca do zespołu i wręcza, zapewnie perkusiście jego napój, a sam upija łyk, po
czym kieruje swój wzrok na mnie.
-Spodobałaś mu się.
-Daj spokój, Pat.- Mruczę.- Co to
za zespół?
-Nie wiem. Grają tu pierwszy raz.
Musisz się Jake dopytać. To on się zajmuje tym wszystkim.- Wywraca dłońmi w
powietrzu, a ja śmieję lekko.- Ja tu tylko drinki podaję.- Wzrusza ramionami.-
Na pewno nic nie chcesz?
-Skoro tak nalegasz, to nalej mi
soku pomarańczowego. – Po raz kolejny rzucam okiem na podest. Niebieskooki
nadal mi się przygląda, przez co obrywa od perkusisty. Brązowooki podaje mi
szklaneczkę, po czym zajmuje się jakimś klientem. Podnoszę się ze stołka i przechodzę
na sofę stojącą w kącie pomieszczenia.
Po kilku minutach niebieskooki
podnosi gitarę, podobnie jak dwóch innych mężczyzn. Czwarty, którego uznałam za
perkusistę siada na stołeczku z wielkim uśmiechem i podrzuca pałeczkami.
Blondyn zaczyna grać, a moment później dołącza do niego reszta.
-A simple fear to wash you away
An open mind canceled it today
A silent song that's in your words
A different taste that's in your mind
This is the life on Mars
This is the life on Mars- Śpiewa niebieskooki, a ja odpływam pod wpływem ich muzyki, jego głosu.
An open mind canceled it today
A silent song that's in your words
A different taste that's in your mind
This is the life on Mars
This is the life on Mars- Śpiewa niebieskooki, a ja odpływam pod wpływem ich muzyki, jego głosu.
Przez ponad godzinę siedzę
wpatrzona w nich, obiecując sobie, że jeszcze kiedyś przyjdę na ich koncert. A
nawet jeśli mi się to nie uda, zrobiłam zdjęcia, żeby nigdy nie zapomnieć
uczucia jakie mi towarzyszyły, słuchając ich. W końcu podnoszę się i wracam do
baru. Uśmiecham się do blondyna.
-Dziesięć minut?- Mruczę.
-Chyba coś mu się przedłużyło.-
Odburkuje.- A ty czemu nie z rodziną? Dzisiaj Boże Narodzenie.- Spoglądam na
podest i obserwuję jak zespół kończy występ, po czym zaczynają składać sprzedać
sprzęt.
-Chciałam dać wam prezenty. A
poza tym wiesz jak u nas jest. Terry i Alice jakoś się nie dogadują.- Wracam
wzrokiem do barmana.
-Może w tym roku nie będzie, aż
tak źle.- Unoszę prawą brew w górę.
-Ty nie wiesz co mówisz. Z Jakem
było znośnie, z ojcem jest koszmarnie. Babcia nienawidzi każdego faceta, z
którym spotyka się moja mama.
-To prawda. Alice jest okropna.-
Odzywa się głos za mną.- Lee, co tu robisz?
-Czekałam na ciebie.- Wstaję i
staję przodem do mężczyzny.
-Chodź na zaplecze.- Prowadzi
mnie do pomieszczenia, w którym mogą przesiadywać pracownicy.
-Wesołych Świąt.- Uśmiecham się i
z torby wyciągam zapakowaną niespodziankę. Wymieniamy się prezentami. Otwieram
pakunek i ze środka wyciągam czarną ramkę ze zdjęciem moim, mamy i braćmi Foley
z pobytu w drewnianym domku, gdzieś w środku lasu. To były najlepsze wakacje w
moim życiu.
-Czy to jest to co myślę?- Unoszę
głowę i dostrzegam mężczyznę przytulającego płytę „Upplugged in NY” Nirwany w
wersji winylowej.
-Raczej tak.- unoszę kąciki ust
jeszcze wyżej, gdy przyciąga mnie do siebie i zamyka szczelnym uścisku.
-Gdzie ją znalazłaś?- Puszcza
mnie i ogląda opakowanie ze wszystkich stron.
-To jest już moja słodka tajemnica.-
Nagle w środku pojawia się głowa Patricka.
-Mała, ja też mam dla ciebie
prezent.- Puszcza mi oczko, wchodząc w głąb. Rzuca mi skromnie zapakowane
płaskie pudełko. Uśmiecham się jeszcze szerzej, łapiąc w locie podarunek. Z
torby wyciągam tym razem „Diamond Dogs” Davida Bowie, również na winylu.
Wręczam mu ją, jednak w odróżnieniu do niego, po prostu ją podaję. Po czym
zaczynam odpakowywać prezent. Wyjmuję kolejną ramkę, tym razem srebrną z tym
samym zdjęciem i zaczynam się śmiać.- Coś nie tak?- Dopytuje, ten młodszy, a ja
wskazuję na prezent od Jake.
-Następnym razem dogadajcie się,
który co mi daje.
-Czekaj, czy to płyta Bowiego?-
Rozszerza oczy.
-Tak. Podoba się?
-Jake, czy ty to widzisz?- Jego
brat ze śmiechem wskazuje na swoją płytę.- Nie, to naprawdę „Upplugged”? Nie
wierzę. Idę to puścić.- Pat znika za drzwiami.
-Och, Lee… Jesteś trzecią
najważniejszą kobietą w moim życiu, zaraz po mojej matce i Elizabeth. Traktuję
cię jak córkę.- Wyznaję, a ja wtulam się w niego.
-Wiem.- Staję na palcach i całuję
go w policzek.- Chyba muszę już iść. Mama będzie się martwić. Wyszłam, jak
Terry i Alice się kłócili, a ona próbowała ich uspokoić.- Mruczę, cofając się o
krok.
-Odwiozę cię. Zrobiło się zimno.-
Uśmiecha się delikatnie.- Powiem tylko Patrickowi, a ty już idź.- Wręcza mi
kluczyki. Zabieram zdjęcia i wychodzę przez zaplecze na parking. Wsiadam do
samochodu i ze schowka wyciągam miętowe gumy. Po chwili mężczyzna zjawia się
obok mnie. Odpala auto i rusza.
-Co to za zespół? Ten który
występował w barze.- Przegryzam wargę, przypominając sobie oczy wokalisty.
-Poznałem ich niedawno. To Thirty
Seconds To Mars, ale u mnie występowali pod jakąś inną nazwą. Widać, ze kochają
grać.
-Tak, to prawda.- Mruczę i
odlatuję. Świadomość wraca mi, gdy blondyn parkuje pod białym, jednorodzinnym
domku.
-El mówiła, że rozstałaś się ze
Scottem.- Spoglądam na niego.- Myślałem, że może…- Przerywam mu.
-Zdradził mnie.- Zamykam
powieki.- Kilka razy.- Po policzku spływa mi jedna, samotna łza.
-Lee, przykro mi.- Szepcze, a ja
gwałtownie otwieram oczy.- W końcu znajdziesz sobie kogoś, kto jest ciebie
wart.- Uśmiecham się delikatnie, obserwując jak w kierunku samochodu idzie
mama, ubrana w płaszcz, który nawet nie jest zapięty. Razem z Foleyem wysiadamy
z samochodu. Czarnowłosa obejmuje mnie i całuje w głowę.
-Martwiłam się o ciebie.-Mruczy
we włosy.- Idź do domu. Ja muszę jeszcze porozmawiać z Jakem.- Puszcza mnie.
Żegnam się z blondynem i odwracam w kierunku domu i dostrzegam Terenca w
drzwiach. Macha do nas. Biegiem docieram do ojca i całuje go w policzek.
-Dziadkowie jeszcze są?- Pytam.
-Henry tak, Alice wróciła.-
Mruczy. Omijam go i wchodzę w głąb budynku. Po szybkim przywitaniu się z
dziadkiem, biegnę po schodach do pokoju. Zaraz po zamknięciu drzwi wyciągam
moje prezenty od braci i obie ramki kładę na szafce, stojącej obok łóżka. Przez
chwilę im się przyglądam.
Po szybkim prysznicu, pakuję się
do łóżka. W momencie, gdy chcę zgasić światło, do środka zagląda dziadek.
-Mogę?- Uśmiecham się, kiwając
głową. Brązowooki siada obok mnie.- Przepraszam za Alice. Ona jest dość specyficzna.
-Wiem, Henry, wiem.- Uśmiecham
się.- Zdążyłam się już przyzwyczaić.
-To dlaczego uciekłaś?- Wzruszam
ramionami.
-Chyba chciałam odetchnąć. I
spotkać się z Jakem i Patrickiem. Dałam im prezent, spędziłam dobrze czas i
wróciłam. To tyle.
-Wiesz, że ze mną zawsze możesz
porozmawiać?- Potwierdzam ruchem głowy.- W takim razie dobranoc.
-Dobranoc.- Dziadek wychodzi, a
ja gaszę światło.
JARED
Wchodzimy do budynku. Podchodzę
do baru, zostawiając resztę przy schodach. Za ladą stoi blondyn z lekkim zarostem.
-Jake?- Pytam, nie będąc pewny,
który to z bliźniaków.
-Patrick. Jake gdzieś wyszedł.-
Odzywa się z uśmiechem.- Wy jesteście tym zespołem?- Kiwam głową,
potwierdzając.- Na scenie jest już perkusja, ale nie wiedziałem ile mam tego
przynieść. Jak chcecie możecie przynieść jeszcze coś z backstage’u. Pełno tam
instrumentów, ale widzę, że macie własne gitary.- Wskazuje na chłopaków,
rozglądających się po lokalu.- Czujcie się jak u siebie.- Wraca do czyszczenia
szklanki.
-Dziękuję.- Rzucam, po czym kiwam
na resztę, a sam kieruję się w stronę sceny.
-Co ta perkusja taka uboga?- Pyta
Shan, wpatrzony w sprzęt.- Mówiłem, żeby wziąć moją.
-Nie narzekaj.- przykładam mu z
łokcia w żebra, a ten zgina się ze śmiechem. Kelvin i Solon zaczynają się
rozkładać, a ja z bratem idziemy na backstage. Wpadam na mężczyznę, który
prowadzi. Wychylam się zza niego, co jest dość proste, zwarzywszy na to, iż
jest niższy. Pod ścianą stoi zaawansowany zestaw perkusyjny, w który wlepia
swój wzrok starszy Leto.
-Bro, mam nadzieję, że jeszcze tu
wrócimy, bo właśnie się zakochałem.- Mówi pod nosem, a ja klepię go po ramieniu
ze śmiechem.
-Jeśli się spodoba, to czemu
nie?- obdarzam go uśmiechem.- A teraz dyktuj, co mam przenieść.
-Wszystko.
Po kilku okrążeniach, wreszcie
wszystko jest na swoim miejscu, no prawie. Moja Artemisa jest nadal zamknięta w
futerale. Wzdycham, wyjmując ją. Opieram instrument o ścianę. Okey, teraz jest
idealnie, oprócz tego, że czuję się obserwowany.
-Chłopaki, chcecie coś z baru?-
Pytam.
-Piwko, o ile ktoś nas potem
odwiezie.- Odzywa się Shan, wpatrując jednocześnie w Bixlera, do którego należy
samochód, którym przyjechaliśmy.
-Jak poprosicie.- Solon puszcza
nam oczko.- No raczej.- Śmieje się. Schodzę ze sceny, a czarnowłosa siedząca
przy barze szybko obraca głowę.
-Daj dwie butelki piwa.- Zwracam
się do barmana, po czym odwracam w kierunku dziewczyny. Włosy związała z
warkocza. Przejeżdżam spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się na zielonych
oczach, które mi się przyglądają i po prostu się w nich zatracam. Nawet nie
kontroluję, jak na moich ustach pojawia się uśmiech. Nagle dociera do mnie
dźwięk zetknięcia się szkła i drewna. Spoglądam na ladę, gdzie stoją dwie
butelki piwa.- Dziękuję.- Mówię, nie wierząc w to co stało się przed chwilą. Wracam
na scenę, potrząsając głową, dla rozjaśnienia umysłu. Wręczam bratu jego napój,
po czym kieruję wzrok na czarnowłosą, która dyskutuje z blondynem. Nagle
odwraca się i patrzy prosto na mnie. Tak piękną chwilę niszczy, nie kto inny, a
Shan. Uderza mnie pałeczką w głowę, jakbym był jakimś bębnem.
-Zwariowałeś?- Jęczę, łapiąc się
w miejsce uderzenia.
-Zaczynamy?- Kiwam lekko głową,
potwierdzając.
Odkładam butelkę piwa na stolik w
kącie i przewieszam przez ramie gitarę. Zaczynamy od "Buddha for Mary",
a potem „Capricorn”, „Fallen”, „Welcome to the Universe” i
kilka innych z naszej pierwszej płyty. Przez cały występ czarnowłosa przygląda
mi się z uwagą, robiąc w między czasie kilka zdjęć. Podczas naszej ostatniej
piosenki, dziewczyna podnosi się z zielonej kanapy i podchodzi do baru. Kończę
występ i odkładam gitarę do futerału. Już mam zamiar iść w kierunku baru, gdy
powstrzymuje mnie ręka na ramieniu. Spoglądam na dłoń, a potem na jej
właściciela, którym okazuje się być mój braciszek.
-Chyba nie zostawisz nas samych
ze składaniem sprzętu?- Wysyła mi uśmiech, a ja się krzywię, rzucając ostatnie
spojrzenie na zielonooką. Przecież mi nie ucieknie, nie? Zaczynam przenosić
perkusje z powrotem na backstage. Gdy kończymy wracam spojrzeniem na bar,
jednak po dziewczynie nie ma ani śladu.
-Cholera.- Mruczę, jednak
obmyślam już plan.- Chłopaki, jak wam się podobało?- Zwracam się do zespołu.
-Nieźle. Spokojnie, wreszcie.-
Odzywa się Kevin, wkładając do ust papierosa, jednak nie zapalając go. Po
prostu wciąga się samym zapachem tytoniu.
-Dokładnie. Podoba mi się.-
Dodaje Solon.
-Mi też, a szczególnie perkusja.-
Komentuje Shannon, rzucając we mnie pałeczką. Łapie ją w locie i po kolei
wskazuję na każdego z nich.
-Czyli co? Chcemy grać tu
częściej?
-A ludzie się nie dowiedzą?-
Drewniana pałka po raz kolejny wskazuje na Drake.
-Nie dowiedzą się, bo będziemy
zmieniać nazwę. Z każdym występem inna.- Uśmiecham się szeroko.- A więc?
-Tak.
-Tak.
-Tak.- Odpowiadają po kolei.
-Teraz tylko trzeba się spytać,
czy piszą się na to.- Kieruję się do Patricka, stojącego za ladą.- Jest Jake?
-Wpadł na moment, ale znów
wyszedł.- Odpowiada mężczyzna.- Ale może ja mogę ci pomóc.
-Zastanawiam się, czy moglibyśmy
występować tu częściej?- Zagrywam wargę czekając na odpowiedź. W między czasie
wyłapuję głos Davida Bowiego, wydobywającego się z gramofonu.
-Dla mnie to nie problem.
Podobało mi się, ale to zależy od brata. Zadzwoń do niego w wolnej chwili.
* * *
Wysiadamy z samochodu, należącego
do Bixlera. Łapię mój futerał z Artemisą
i kieruję się w stronę domu, podobnie jak brat, podrzucający pałeczki.
Machamy do chłopaków, a oni odjeżdżają. Otwieram drzwi wejściowe, a do moich
uszu dochodzą dźwięki „Last Christmas”. Rzucam zdziwione spojrzenie na
Shana, a ten wzrusza ramionami, równie zdezorientowany jak ja. Wchodzimy do
saloniku, w którym odbywają się wszystkie nasze muzyczne narady i dostrzegamy
wysoką blondynkę, ubierającą choinkę. Odwraca się na dźwięk naszych kroków.
Uśmiecham się szeroko i po chwili zamykam ja w uścisku.
-Mamo, co tu robisz?- Puszczam
ją, przyglądając się z dokładnością jej włosom.- Zmieniłaś kolor?
-Moi synkowie nie będą spędzać
Świąt sami.- Całuje mnie w policzek, by po chwili tak samo uczynić ze starszym
Leto.- A gdzie Cameron? Nie powinniście spędzać ten czas razem?- Zwraca się do
mnie, a ja wzdycham.
-Ile razy mam ci mówić, że to
wszystko już skończone?- Opadam na sofę.- Nasz związek był tylko wymysłem jej
menagera, a ja zdołałem się na to nabrać.- Mruczę.
-Ale przecież przyjęła twoje
oświadczyny.- Constance zajmuje miejsce
obok mnie. Skupiam swój wzrok na choince, która jest już prawie ozdobiona.
Shannon kończy zawieszać bombki, co chwila spoglądając na mnie.
-Przyjęła, bo tak jej kazali. Dla
większego rozgłosu. Nigdy dla niej nic nie znaczyłem.- Opieram głowę na oparciu
kanapy i przymykam oczy.
-Czyli nic z tego?- Uchylam oczy
i potwierdzam.- Ale to nadal nie wyjaśnia, dlaczego przez tyle czasu jej nie
poznałam.
-Nie masz co żałować, mamo.-
Zaczyna perkusista.- Ona była jakaś dziwna.- Mówi, ozdabiając drzewko
niebieskim łańcuchem. Zrywam się z kanapy.
-Mam coś dla ciebie, aczkolwiek
myślałem, że dam ci to później.- Biegnę na piętro, a za mną brat, który pewnie
również przypomniał sobie o prezentach. Wpadam do pokoju i przeszukuję go. W
końcu w moje ręce wpada pudełko z podarunkiem dla rodzicielki. Wychodząc z
pokoju, wpadam na bruneta. Marszczę brwi i w tym samym momencie zrywamy się
biegiem w stronę schodów. Obrywam łokciem w brzuch i ramię, ale sam nie
pozostaje mu dłużny.
-Chłopcy.- Upomina nas mama z
uśmiechem, a my wybuchamy śmiechem. Ostatecznie docieram do kobiety pierwszy.
Wręczam jej pudełeczko. Całuje mnie w policzek i zabiera się za odpakowywanie
go. Uśmiecham się szeroko, widząc wkurzoną minę brata. No cóż, musi
przyzwyczaić do porażek.- Gdzie znalazłeś to zdjęcie?- Pyta, a ja dostrzegam
lekko widoczną łzę, spływającą po jej policzku. Nachylam się nad jej prawym
ramieniem, a Shannon nad lewym i wpatrujemy się w czarno-biały obrazek
przedstawiający nas jako małych szkrabów bawiących się na dywanie. Mama śpi
obok nas, zmęczona dniem w pracy.- Jest piękne. Dziękuję.- Przechyla głowę i po
raz kolejny całuje mnie w policzek.- No, Shannie, teraz twoja kolej.- Starszy
Leto zrywa się i staje przed naszą rodzicielką. Odsuwam się o krok i przyglądam
jak wręcza jej małe pudełeczko. Kobieta otwiera je i wyciąga cieniutki wisiorek
z nutką.
-Podoba się?
-Nawet nie wiesz jak bardzo.-
Jego również całuje.- Ja też mam dla was prezenty. Leżą już pod choinką.-
Spoglądam na dwa opakowania pod drzewkiem.
-Mi wystarczy, to że jesteś.-
Mówię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz