25 sierpień 2006
Budzę się w objęciach Jareda i na moich
ustach momentalnie pojawia się uśmiech. Tak bardzo za nim tęskniłam.
Podnoszę się z łóżka, po czym z szafy wyciągam rozciągnięty podkoszulek z
kotem i szare dresy. Zaraz po porannej toalecie, już ubrana ruszam
prosto do kuchni przygotować śniadanie. Otwieram lodówkę i wyciągam z
niej mleko sojowe, a z szafki płatki owsiane. Wsypuję to do miski, razem
z pokrojonym bananem i wstawiam do piekarnika na 20 minut. Zaraz po
nastawieniu wody na kawę, przechodzę do salonu. Kucam przed deską z
biurka, którą „ubrałam” w koszulkę, gdy ją wczoraj malowałam. Przez noc
zdążyła już wyschnąć i teraz wygląda świetnie. Wracam do kuchni i w
momencie, gdy upijam pierwszy łyk kawy, słyszę jak Jared wychodzi z
sypialni, kierując się prosto do łazienki. Po dziesięciu minutach
pojawia się w pomieszczeniu, w momencie, kiedy ja kładę miskę z owsianką
na stole.
-Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniłem.- Podchodzi do
mnie i bez ostrzeżenia, wbija się w moje usta. Kładę dłoń na jego nagim
torsie, a on głaska kciukiem mój policzek.- I przepraszam, że cię
wczoraj obudziłem.- Dodaje, opierając czoło na moim czole.
-Właśnie
gdybyś mnie nie obudził, to bym się wściekała.- Mówię z uśmiechem.-
Śniadanie gotowe.- Wskazuję na miskę. Wręczam mu łyżkę i opierając się o
blat, przyglądam mu się. Ma na sobie jedynie czarne dresy, a z włosów
spływają pojedyncze krople, świadczące o tym, że przed momentem brał
prysznic.
-Co tak stoisz?- Pyta.- Ty też masz jeść.- Łapie mnie
za dłoń i ciągnie w swoim kierunku, przez co ląduję na jego kolanach.-
Masz pozdrowienia od Tomo.- Mówi, karmiąc mnie owsianką.- No i od
Shannona, i mamy, i Emmy.- Wymienia.- I mama zastanawia się, kiedy cię
pozna. Miałą wielką nadzieję, że przylecisz ze mną.
-Też bym ją bardzo chętnie poznała.- Wyznaję. – O której wczoraj wróciłeś?
-Koło trzeciej.
-No dobra, a teraz opowiadaj jak było.
-Przecież jak dzwoniłem, to ci opowiadałem.- Jęczę w cichym proteście.
-No,
ale to nie tak samo. Zrobiłeś zdjęcia?- Wstaję i z szuflady wyciągam
własną łyżkę. Zajmuję miejsce na krześle obok, ale mężczyzna mrozi mnie
wzrokiem, więc wracam na jego kolana.
-Nie śmiałbym ich nie zrobić.- Uśmiecha się.- Jak nie kręciliśmy, robiłem zdjęcia. Podobnie jak Shannon.
-A mówiłeś, że Tomo ci podpadł. O co dokładnie chodziło?- Dopytuję, wpatrując się w niego.
-Jest
scena, w której Milicievic znajduje martwą kobietę, której ktoś kładzie
na ustach czarną perłę. Tylko on zamiast zachować powagę, cały czas się
śmiał. Przez co musiałem wywalić go na chwile z planu, żeby się
uspokoił. Jak wrócił, nagraliśmy to za pierwszym razem.
-Ty się dziwisz? W końcu to Tomo. Z nim nigdy nic nie wiadomo.
-Niestety. A najlepsze było to, że kiedy już wyszedł, wszyscy zaczęli się śmiać. A teraz ty opowiadaj, co robiłaś przez te dni?
-Umierałam z nudów. A wczoraj oglądałam z Terrym doktora House’a.
-Wiem.
Poprosiłem go o to. Jak do niego dzwoniłaś, był już w drodze. A teraz
pytanie, co malowałaś? Obiecałaś mi dzisiaj pokazać.
-Teraz?
-Teraz.-
Wstaję, ciągnąc go za rękę. Prowadzę go do salonu, a kiedy zatrzymujemy
się przed koszulką, Jared wybucha śmiechem.- W życiu nie wpadłbym na
taki tekst.- Mówi, przyciągając mnie do siebie.
-Jak to właściwie było z Bartem?- Całuję go w policzek.
-Po
prostu od dziecka uwielbiałem książkę z nim.- Wzrusza ramionami, gdy
drzwi do mieszkania otwierają się, a do środka wpada brunet z ciemną
karnacją. Otwieram usta we zdziwienia i przyglądam mu się. Na oko jest
troszkę niższy od Jareda, ale wyższy ode mnie. Przygląda nam się
czekoladowymi oczami, po czy uśmiecha szeroko, kładzie torbę przy szafce
i kieruje się wprost do kuchni.
-Nie wiedziałem, że masz gościa.- Mówi, zaglądając do lodówki. Wzdycham cicho i przygarbiona podążam za nim.
-Jay
tu mieszka.- Oznajmiam.- Przestań mnie okradać. Po twoich wizytach
zawsze jestem na minusie.- Opieram się o blat kuchenny i obserwuję jego
poczynania.- Co tym razem?
-Nic. Rozstałem się z Ashlee i jako
gentelman zostawiłem jej mieszkanie. I o to jestem u ciebie.- Hawajczyk
zatrzymuje się przede mną i wskazuje na zdezorientowanego mężczyznę.-
Widzę, że znalazłaś sobie faceta.- Mówi.- Jestem Braxton Olita.- Wyciąga
dłoń.
-Jared Leto.
-Lee, wyremontowałaś już ten drugi pokój?- Ciemnooki nie czekając na odpowiedź wychodzi z kuchni, zostawiając nas samych.
-Lee?- Jay przygląda mi się z uwagą.- Kto to jest?
-Wnuk
siostry mojej babci. -Mruczę.- On zawsze zjawia się niezapowiedziany i
znając życie zostanie na kilka dni. Chyba muszę zacząć zamykać drzwi na
zamek.- Dodaję, wzdychając.- A Lee, to moje przezwisko z dzieciństwa.
-A ta dziewczyna to kto?
-Ashlee
Simpson, siostra Jessiki. Gra na gitarze w jej zespole, więc może
jakieś wspólne tematy znajdziecie. A teraz postaram się go powstrzymać
zanim zrobi coś głupiego.- Po chwili podchodzę do Hawajczyka, stojącego w
drzwiach mojej graciarni.
-Mam propozycje.- Oznajmia. Spoglądam
na niego, dając mu znak, żeby mówił dalej.- Wyremontuję ten pokój, a w
zamian będę mógł nocować na kanapie. Co ty na to?
-Wiesz, że to nie tylko moje mieszkanie? Jared też tu mieszka.
-Właśnie,
pan Leto.- Mruczy.- Powiedz, co z nami jest? Ty masz słynnego faceta,
ja dziewczynę, znaczy już byłą. Jesteś tak bardzo przerażająca… I
dziwna… I piękna. Jesteś czymś, co nie każdy wie jak kochać. Uważaj na
siebie.- Chłopak obejmuję moją twarz dłońmi i całuje w czoło.- Pamiętaj,
jesteś niezwykła.- Na jego ustach nagle pojawia się uśmiech.- To spytaj
go, czy mnie przyjmie.- Popycha mnie lekko w stronę kuchni. Idę tam z
dziwnym uczuciem w środku. Nie wiem co mam myśleć o tym co powiedział mi
Brax.
-Jay, myślisz, że remont za nocleg, to dobra propozycja?-
Zatrzymuję się przed mężczyzną i przyglądam mu się uważnie. Jego
niebieskie oczy kierują się na mnie. Łapie mnie za rękę i przyciąga
bliżej, tak że ląduję w jego objęciach.
-Twoja rodzina, to moja rodzina i na odwrót. Sam nocleg wystarczy.- Składa całusa na mojej głowie, a ja wtulam się w jego tors.
-Dobrze, że jesteś.- Szepczę.
* * *
Wchodzę do mieszkania. Po prostu padam ze zmęczenia. W środku jest cicho, co nie wróży nic dobrego.
-Jetsem!-
Krzyczę, wchodząc w głąb.- Halo?- Sprawdzam kolejno wszystkie
pomieszczenia, ale nikogo w nich nie ma. Ostatnia nadzieja została w
graciarni. Zaglądam do środka i zatrzymuję się ze zdumienia. Wszystkie
rzeczy zostały powkładane do pudeł, które teraz stoją na środku
pomieszczenia, przykryte folią, podobnie jak podłoga. A przy jednej ze
ścian stoi Leto i Olita, z pędzlami w dłoniach. – Co wy robicie?- Pytam,
mimo, że widzę kawałek ściany pomalowany na różowo. Opieram się o
framugę.
-Malujemy.- Odpowiada dumnie Jay.- I jak było? Terry dał ci popalić?
-Strasznie. Macie dla mnie pędzel?
-Idź
się przebrać. Tylko szybko.- Braxton grozi mi palcem, a ja bez
sprzeciwu kieruję się w stronę szafy. Wyciągam z niej jakieś stare
ciuchy, które następnie ubieram na siebie. Wracam do remontowanego
pomieszczenia i podchodzę do Jareda.- Te ciuchy idą do wyrzucenia?-
Potwierdzam, jednocześnie stając na palcach. Wbijam się w usta
mężczyzny, który od razu kładzie dłoń na moim policzku.- My tu
pracujemy, a nie migdalimy się.- Jęczy Olita, przejeżdżając pędzlem po
kolejno: moich włosach, kręgosłupie i przez tyłek, do stóp. Odwracam się
ze wściekłością.
-Dlaczego to zrobiłeś?- Pytam.
-Bo tak. Twój pędzel.- Wręcza mi przedmiot.- A teraz do pracy.
-Czemu róż?- Maczam palec w farbie i zbliżam się do Hawajczyka.
-Spodobał mi się. Podobnie jak Jay’owi.
-To nie jest różowy, to jest pomagranate.- Wskazuje na napis na puszcze z farbą, a ja maziam nos Hawajczyka.
* * *
Wychodzę
z łazienki, wycierając ręcznikiem włosy. Kieruję się w stronę sofy, na
której rozmawiają bruneci. Nachylam się nad Jaredem, na kolanach którego
leży laptop. Przyglądam się ostatnim
sekundom „The Kill”.
-Wolne. Możecie iść.- Oznajmiam, kładąc ręcznik na oparciu.
-To zabrzmiało, jakbyś sugerowała nam wspólny prysznic.- Prostuję się, mrużąc oczy, skierowane na Hawajczyka.
-Brax, przykro mi. Jay jest mój.- Wspomniany mężczyzna odwraca się i składa na moich ustach całusa.
-Olita,
leć pod prysznic. Jutro skończymy rozmawiać o teledysku.- Chłopak z
lekkim ociągnięciem wstaje i z ciuchami w ręce idzie do łazienki, a Leto
odkłada komputer na półeczkę pod stolikiem. - Chodź do mnie, Aniele.-
Mruczy, łapiąc mnie za dłoń i ciągnąc do siebie. Przechodzę przez
oparcie i siadam na poprzednim miejscu Braxtona. Mężczyzna jęczy cicho i
przyciąga mnie bliżej.
-Widzę, że znaleźliście wspólny język.- Mówię opierając głowę na jego klatce piersiowej.
-Jakoś nam się udało.- Całuje mnie w głowę.- Co u Terryego?
-Nawet
mnie nie denerwuj.- Mruczę, ale uśmiecham się lekko.- Miałam mieć
dzisiaj wolne, a nie dzwonić do jakiś agencji, bo on nie umie sam się
umówić na sesje.- Wzdycham.
-Nie każdy jest idealny. Ale zaczyna
się weekend. Już nie może cię wezwać do pracy. Odpoczniesz sobie.-
Unoszę wzrok, przyglądając mu się.
-Odpoczywałam cały tydzień.
Myślę, że wolałabym pracować, niż dzisiaj dzwonić do tych agencji.-
Mężczyzna kładzie dłoń na moim policzku.
-Tęskniłem za tobą.- Szepcze, gładząc moją skórę kciukiem.
-Ja
za tobą też.- Przybliżam się do niego, po czym łączę nasze usta. Po
chwili odsuwam się, zagryzając wargę. Po raz kolejny wtulam się w jego
tors i przymykam oczy… Budzę się w momencie, gdy Jared kładzie mnie na
łóżku.
-Śpij, Aniele, śpij.- Całuje mnie w czoło i wychodzi z sypialni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz