14 czerwiec 2011, Paryż
Łapię mocniej dłoń Jareda,
zatrzymując tym samym nas przed kioskiem. Chwytam wolną rękę gazetę, która
rzuciła mi się w oczy i otwieram na artykule o moim przyjacielu i jego prawie
byłej żonie. Puszczam muzyka i z kieszeni wyciągam kilka euro, które daje
sprzedawcy. Kontynuujemy podróż do mieszkania. Po dotarciu tam, od razu biorę
się za czytanie artykułu, z którego dowiaduję się, że Jack jest podobno
agresywny i nie umie się zająć dzieciakami, no i dostał zakaz zbliżania się do
Elson.
-Co cię tak wciągnęło?- Pyta Jay,
nachylając się nade mną. Marszczy brwi, zapewne czytając początek.- O cholera,
to prawda o tym zakazie?- Okrąża sofę i siada obok mnie.
-Nie wiem. Nic mi nie mówił.-
Wzdycham.- Zaraz do niego zadzwonię, ale mi się to w ogóle nie podoba.- Chwytam
telefon i wykręcam numer do mojego cholernego przyjaciela. Jako, że ostatnio
dużo podróżuję z chłopakami zaopatrzyłam się w „międzynarodowy telefon”, żeby
nie narażać się na wielkie koszty. Po jakiś trzech sygnałach, odbiera.
-Tak?
-Jackie, ja naprawdę polubiłam
Karen, ale co ona, do cholery, wyprawia? Jeśli trzeba, mogę zeznawać na jej
niekorzyść.- Rzucam, ciągle wpatrując się w gazetę.- I dlaczego ja o niczym nie
wiem?
-Zanim zaczniesz ją obrażać.-
Zaczyna.- To nie jej wina. Prawnicy bez jej wiedzy chcieli mnie oczernić.
Zresztą jak się o wszystkim dowiedziałem, to właśnie u mnie była i zostawiała
dzieciaki. Nie musisz się o nic martwić.
-Na pewno? Wiesz, mi możesz
powiedzieć o wszystkim.- Wtulam się w młodszego Leto, który ciągle siedzi obok
mnie i głaska mnie delikatnie po ramieniu.
-Wiem, ale skąd ty o tym wiesz?
-Z gazety. Wylądowaliście na
pierwszej stronie jakiegoś brukowca.- Uśmiecham się lekko, chociaż on i tak nie
może tego widzieć.
-I ty im wierzysz? Pewnie jeszcze
piszą, że mam jakieś romanse, co?- Przelatuję wzrokiem po artykule.
-Tak, ze mną w dodatku. Nawet
zdjęcie dali.- Uśmiecham się, a ten wybucha śmiechem, podobnie jak Jay.- To jak
odbieraliśmy dzieciaki z przedszkola.- Dodaję.
-No widzisz? Same głupoty.
-Ale sam potwierdziłeś ten zakaz.
To było prawdą.
-No w sumie, ale następnym razem
jak chcesz się czegoś dowiedzieć, dzwoń prosto do mnie, jasne?
-Jak słońce.- Odpowiadam.
-Gdzie jesteście aktualnie?
Miałaś mi wysyłać pocztówki. Henry też się już niecierpliwi.- Wyobrażam sobie
jego minę.
-Aktualnie jesteśmy w mieszkaniu
w Paryżu. Zbankrutowałabym, gdybym miała wam wysyłać pocztówki z wszystkich
miejsc. Dostaniecie je razem przy następnym naszym spotkaniu.
-W takim razie już nie mogę się
doczekać. Pozdrów mężusia.
-Mężuś pilnuje czy aby na pewno
mnie żonka z tobą nie zdradza.- Odzywa się Jay, a ja parskam śmiechem.
-Nie zdradza. Ja na to czasu nie
mam.- Odpowiada.- Lizi, kochanie, od kiedy on nas podsłuchuje?- Wybucham
jeszcze głośniejszym śmiechem.- A tak na poważnie, kończę, bo dzieciaki
zabierają mnie dzisiaj do zoo, więc muszę się powoli zbierać.- Mówi z
entuzjazmem.- Pa.- Rozłącza się, a ja odkładam telefon obok siebie i spoglądam
w górę, na Jareda.
-Dobrze, że to tylko fałszywy
alarm.- Mężczyzna cmoka mnie w nos, jednocześnie wsuwając dłoń pod moją
koszulkę.- Chyba wiem do czego zmierzasz.- Mruczę, przenosząc się na jego
kolana. Wbijam się w jego usta, a ten ściąga górną cześć mojej garderoby. Gdy
ta ląduje na stoliku za mną, drzwi do mieszkania się otwierają.
-Dobrze, że nie wpadłem tu minutę
później.- Komentuje Braxton, od razu kierując się do kuchni. Sięgam po ubranie
i naciągam go na siebie. Wzdycham cicho, a Jared całuje mnie jedynie w czoło.
Schodzę z niego, a ten podnosi się.
-Brax, nikt cię tu nie chce.
Możesz sobie iść?- Pytam, wychylając się z kanapy i spoglądając jak opróżnia
naszą lodówkę. On musi być jakoś spokrewniony z Shannonem, bo ten też ciągle
nas objada.
-Nie? Za dobrze się tu czuję.-
Spogląda na mnie zza prawego ramienia i wysyła szeroki uśmiech.
-Nie możesz się gdzie indziej
dobrze czuć?- Dopytuje, a młodszy Leto śmieje się, siadając przy blacie.
-Olivii najwyraźniej bardzo
zależy na spędzeniu ze mną upojnego wieczoru i kto wie, może nawet nocy.
-A żebyś wiedział.- Rzucam, opadając
na sofę.
-To raczej nic z tego. Reszta ma
tu wpaść za pół godziny.- Jęczę cicho i to bynajmniej nie z rozkoszy.
-Co? Nie po to macie zapłacone
pokoje w hotelu, żeby przesiadywać u nas.
-Jej chyba naprawdę zależy.-
Mruczy Olita.
-Słyszę cię, dupku. Pewnie to
wszystko twoja wina. Po co ich tu zapraszałeś?
-To naprawdę nie ja. Shannon
kazał mi tu przyjść i uprzedzić, żebyście przypadkiem nie robili takich planów,
jak właśnie zrobiliście.- Słyszę jak zamyka lodówkę.- Także zwalaj wszystko na
niego. Ja tu jestem tylko ofiarą twojej złości.- Nagle pojawia się nade mną, a
ja mimo wolnie uderzam go w twarz. I nawet nie mam wyrzutów sumienia.
-Nie rób tak więcej.- Mówię, gdy
ten się podnosi, trzymając za lewe oko.
-Nie mogłaś ciutkę lecej? Jutro
mamy koncert. Muszę jakoś wyglądać.
-Hej, Brax, jesteś tylko w tle i
tak nikt na ciebie nie patrzy.- Uśmiecham się wrednie, a ten krzywi.
-To boli.- Komentuje, zwalając
się na mnie.- I to, że jesteśmy spokrewnieni nie upoważnia cię do obrażania
mnie, jasne?- Wystawia palec wskazujący w moim kierunku, chyba mi grożąc, a ja
przybliżam się w jego kierunku i po prostu go gryzę.- Cholera! Co to było?-
Pyta, zabierając gwałtownie rękę.
-Po prostu ci się należało.-
Krzyżuję ramiona na piersi, siadając normalnie, ze stopami na mięciutkim
dywanie.
-Olivia ma focha.- Ogłasza Jared,
pojawiając się po mojej drugiej stronie.- Ale mam nadzieję, kochanie, że nie na
mnie.- Robi smutną, a jednocześnie proszącą minę, a ja po prostu się rozczulam
i obejmuję jego twarz w dłonie i leciutko całuję w usta.
-Nie mogłabym się na ciebie
gniewać.- Mówię, a do mieszkania wpada Shannon..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz