POSTACIE Strona głóna

środa, 1 lutego 2017

79. PLOTKI, PLOTECZKI



14 czerwiec 2011, Paryż
Łapię mocniej dłoń Jareda, zatrzymując tym samym nas przed kioskiem. Chwytam wolną rękę gazetę, która rzuciła mi się w oczy i otwieram na artykule o moim przyjacielu i jego prawie byłej żonie. Puszczam muzyka i z kieszeni wyciągam kilka euro, które daje sprzedawcy. Kontynuujemy podróż do mieszkania. Po dotarciu tam, od razu biorę się za czytanie artykułu, z którego dowiaduję się, że Jack jest podobno agresywny i nie umie się zająć dzieciakami, no i dostał zakaz zbliżania się do Elson.
-Co cię tak wciągnęło?- Pyta Jay, nachylając się nade mną. Marszczy brwi, zapewne czytając początek.- O cholera, to prawda o tym zakazie?- Okrąża sofę i siada obok mnie.
-Nie wiem. Nic mi nie mówił.- Wzdycham.- Zaraz do niego zadzwonię, ale mi się to w ogóle nie podoba.- Chwytam telefon i wykręcam numer do mojego cholernego przyjaciela. Jako, że ostatnio dużo podróżuję z chłopakami zaopatrzyłam się w „międzynarodowy telefon”, żeby nie narażać się na wielkie koszty. Po jakiś trzech sygnałach, odbiera.
-Tak?
-Jackie, ja naprawdę polubiłam Karen, ale co ona, do cholery, wyprawia? Jeśli trzeba, mogę zeznawać na jej niekorzyść.- Rzucam, ciągle wpatrując się w gazetę.- I dlaczego ja o niczym nie wiem?
-Zanim zaczniesz ją obrażać.- Zaczyna.- To nie jej wina. Prawnicy bez jej wiedzy chcieli mnie oczernić. Zresztą jak się o wszystkim dowiedziałem, to właśnie u mnie była i zostawiała dzieciaki. Nie musisz się o nic martwić.
-Na pewno? Wiesz, mi możesz powiedzieć o wszystkim.- Wtulam się w młodszego Leto, który ciągle siedzi obok mnie i głaska mnie delikatnie po ramieniu.
-Wiem, ale skąd ty o tym wiesz?
-Z gazety. Wylądowaliście na pierwszej stronie jakiegoś brukowca.- Uśmiecham się lekko, chociaż on i tak nie może tego widzieć.
-I ty im wierzysz? Pewnie jeszcze piszą, że mam jakieś romanse, co?- Przelatuję wzrokiem po artykule.
-Tak, ze mną w dodatku. Nawet zdjęcie dali.- Uśmiecham się, a ten wybucha śmiechem, podobnie jak Jay.- To jak odbieraliśmy dzieciaki z przedszkola.- Dodaję.
-No widzisz? Same głupoty.
-Ale sam potwierdziłeś ten zakaz. To było prawdą.
-No w sumie, ale następnym razem jak chcesz się czegoś dowiedzieć, dzwoń prosto do mnie, jasne?
-Jak słońce.- Odpowiadam.
-Gdzie jesteście aktualnie? Miałaś mi wysyłać pocztówki. Henry też się już niecierpliwi.- Wyobrażam sobie jego minę.
-Aktualnie jesteśmy w mieszkaniu w Paryżu. Zbankrutowałabym, gdybym miała wam wysyłać pocztówki z wszystkich miejsc. Dostaniecie je razem przy następnym naszym spotkaniu.
-W takim razie już nie mogę się doczekać. Pozdrów mężusia.
-Mężuś pilnuje czy aby na pewno mnie żonka z tobą nie zdradza.- Odzywa się Jay, a ja parskam śmiechem.
-Nie zdradza. Ja na to czasu nie mam.- Odpowiada.- Lizi, kochanie, od kiedy on nas podsłuchuje?- Wybucham jeszcze głośniejszym śmiechem.- A tak na poważnie, kończę, bo dzieciaki zabierają mnie dzisiaj do zoo, więc muszę się powoli zbierać.- Mówi z entuzjazmem.- Pa.- Rozłącza się, a ja odkładam telefon obok siebie i spoglądam w górę, na Jareda.
-Dobrze, że to tylko fałszywy alarm.- Mężczyzna cmoka mnie w nos, jednocześnie wsuwając dłoń pod moją koszulkę.- Chyba wiem do czego zmierzasz.- Mruczę, przenosząc się na jego kolana. Wbijam się w jego usta, a ten ściąga górną cześć mojej garderoby. Gdy ta ląduje na stoliku za mną, drzwi do mieszkania się otwierają.
-Dobrze, że nie wpadłem tu minutę później.- Komentuje Braxton, od razu kierując się do kuchni. Sięgam po ubranie i naciągam go na siebie. Wzdycham cicho, a Jared całuje mnie jedynie w czoło. Schodzę z niego, a ten podnosi się.
-Brax, nikt cię tu nie chce. Możesz sobie iść?- Pytam, wychylając się z kanapy i spoglądając jak opróżnia naszą lodówkę. On musi być jakoś spokrewniony z Shannonem, bo ten też ciągle nas objada.
-Nie? Za dobrze się tu czuję.- Spogląda na mnie zza prawego ramienia i wysyła szeroki uśmiech.
-Nie możesz się gdzie indziej dobrze czuć?- Dopytuje, a młodszy Leto śmieje się, siadając przy blacie.
-Olivii najwyraźniej bardzo zależy na spędzeniu ze mną upojnego wieczoru i kto wie, może nawet nocy.
-A żebyś wiedział.- Rzucam, opadając na sofę.
-To raczej nic z tego. Reszta ma tu wpaść za pół godziny.- Jęczę cicho i to bynajmniej nie z rozkoszy.
-Co? Nie po to macie zapłacone pokoje w hotelu, żeby przesiadywać u nas.
-Jej chyba naprawdę zależy.- Mruczy Olita.
-Słyszę cię, dupku. Pewnie to wszystko twoja wina. Po co ich tu zapraszałeś?
-To naprawdę nie ja. Shannon kazał mi tu przyjść i uprzedzić, żebyście przypadkiem nie robili takich planów, jak właśnie zrobiliście.- Słyszę jak zamyka lodówkę.- Także zwalaj wszystko na niego. Ja tu jestem tylko ofiarą twojej złości.- Nagle pojawia się nade mną, a ja mimo wolnie uderzam go w twarz. I nawet nie mam wyrzutów sumienia.
-Nie rób tak więcej.- Mówię, gdy ten się podnosi, trzymając za lewe oko.
-Nie mogłaś ciutkę lecej? Jutro mamy koncert. Muszę jakoś wyglądać.
-Hej, Brax, jesteś tylko w tle i tak nikt na ciebie nie patrzy.- Uśmiecham się wrednie, a ten krzywi.
-To boli.- Komentuje, zwalając się na mnie.- I to, że jesteśmy spokrewnieni nie upoważnia cię do obrażania mnie, jasne?- Wystawia palec wskazujący w moim kierunku, chyba mi grożąc, a ja przybliżam się w jego kierunku i po prostu go gryzę.- Cholera! Co to było?- Pyta, zabierając gwałtownie rękę.
-Po prostu ci się należało.- Krzyżuję ramiona na piersi, siadając normalnie, ze stopami na mięciutkim dywanie.
-Olivia ma focha.- Ogłasza Jared, pojawiając się po mojej drugiej stronie.- Ale mam nadzieję, kochanie, że nie na mnie.- Robi smutną, a jednocześnie proszącą minę, a ja po prostu się rozczulam i obejmuję jego twarz w dłonie i leciutko całuję w usta.
-Nie mogłabym się na ciebie gniewać.- Mówię, a do mieszkania wpada Shannon..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz