Schodzę po metalowych schodkach
do baru, gdzie za ladą stoi Patrick i poleruje szklanki do whisky. Podchodzę
bliżej i siadam na stołku przed nim, a gdy tylko mnie zauważa, na jego twarzy pojawia się
szeroki uśmiech.
-Co tu robisz? Powinnaś
odpoczywać w domu.- Poważnieje, a ja wzdycham cicho.
-Ty też? Wpadłam do studia,
zanieść dokumenty od Chestera, bo Babu zapomniał po nie przyjechać.- Tłumaczę.-
A poza tym ciąża to nie choroba. Nie umiem siedzieć i nic nie robić przez cały
czas.- Mężczyzna obchodzi bar na około i
siada obok mnie, bo w lokalu jest tylko czterech klientów, grających w rogu w
karty.
-Jak się czujesz?
-Dobrze, nawet bardzo dobrze.
Czuję się tak, że chyba bym mogła góry przenosić.- Dłoń blondyna ląduje na moim
dość dużym brzuchu.
-Cześć, Mały. Kiedyś ten bar
będzie twój, słyszysz?- Śmieję się cicho.
-Skąd wiesz, że to nie
dziewczynka?- Foley prostuje się gwałtownie i unosi jedną brew w górę.
-A skąd wiesz, że to nie
chłopczyk?- Przechyla głowę w bok, po czym znów nachyla się do brzucha.- Nawet
jak będziesz dziewczynką, to Vinyl będzie twój.
-Ty lepiej tak nie obiecuj, bo
przyjdzie Jake i się oboje rozczarujecie.- Pat znów się prostuje i przygląda
mi.
-Wymyśliliście już imię?- Przeczę
ruchem głowy.- Będzie dobrze, zobaczysz.- Biorę głęboki wdech.
-Boję się, Pat.- Wyznaję wreszcie
to z siebie wyrzucając.- Nie mówiłam o tym Jaredowi, bo wiem, że też cały czas chodzi podenerwowany i nie chcę mu
dokładać nowych zmartwień.
-Lee, on nie mówi ci tego samego,
z takiego samego powodu. Musicie poważnie ze sobą porozmawiać, nie ukrywając
niczego przed sobą.
-Skąd wiesz, że to o to mu
chodzi?- Ignoruję jego prośbę i wyciągam z torebki butelkę wody, chcąc się
napić.
-Bo wpada do mnie co jakiś czas i
jestem o wszystkim na bieżąco informowany.- Zatrzymuję butelkę w połowie drogi
do ust.
-Naprawdę? Kiedy on tu
przychodzi? Prawie cały czas jest w domu w studio albo w Labie.- Dziwię się,
ale taka prawda. Odkąd dowiedzieliśmy się o ciąży, Jared ogranicza jakiekolwiek
wyjścia i chce spędzać czas ze mną albo po prostu być blisko i mieć wszystko
pod kontrolą.
-No wcześniej pomagałem
remontować dom, a przez te kilka dni, wpadł do mnie już trzy, czy nawet cztery
razy. Wstępuje jak go wyślesz do twojego studia.
-Tylko mam nadzieję, że nic nie
pije.- Grożę mu palcem, jakby był dzieckiem.
-Tylko wodę. Nawet nic innego mu nie proponuję, bo
zawsze przyjeżdża samochodem. A ty przyjechałaś sama?
-Z Jaredem. Zostawił mnie w
studiu, a sam pojechał do wytwórni, bo wczoraj do niego dzwonili. Zaraz ma po
mnie wrócić.- Kończę moją wypowiedz, a moja komórka się odzywa. Spoglądam na
ekran, na którym wyświetla się zdjęcie młodszego Leto.- O wilku mowa.- Mruczę,
po czym odbieram.- Tak?
-Gdzie jesteś? Czekam pod
budynkiem.
-Jestem w barze. Mam wyjść czy
wpadniesz tu?
-Chyba raczej musisz wyjść, bo
nigdzie nie mogę znaleźć miejsce do parkowania, ale pozdrów Foleyów.
-W takim razie za moment będę.-
Rozłączam się.- Masz pozdrowienia od Jareda.- Podnoszę się ze stołka.- Już na
mnie czeka, więc będę się zbierać.- Blondyn również się podnosi, więc teraz
jest prawie wyższy o głowę ode mnie.- Wpadnijcie do nas z Jakiem kiedyś.-
Podnoszę się na palcach i całuję go w policzek.
-Trzymaj się i porozmawiajcie tak
szczerze.- Zostaje przy ladzie, a ja wspinam się po schodach do wyjścia. Po
chwili stoję na chodniku, a na poboczu zatrzymuje się samochód mojego męża.
Wsiadam do pojazdu i od razu witam się z nim pocałunkiem.
-Chcesz jeszcze gdzieś jechać czy
wracamy?- Pyta, wyjeżdżając na ulicę.
-Jedzmy do domu.- Zapinam pasy, a
ten zatrzymuje się na światłach i spogląda na mnie.
-Wszystko dobrze? Dobrze się
czujesz?- Dopytuje, a ja uśmiecham się szeroko.
-Jay, wszytko w porządku. Nie
denerwuj się. Nic mi nie jest. Cała i zdrowa wróciłam, widzisz?- Przechylam
głowę w prawo, obserwując jak jego twarz lekko się rozluźnia. Pojawia się
zielone światło, więc niebieskooki rusza.
-Jakby coś się działo, musisz mi
od razu o tym powiedzieć, dobrze?
-Dobrze, Kochanie. Jak było w
wytwórni?- Otwieram schowek i szukam ostatnio nagranego demo nowej płyty.
-W zasadzie chcieli tylko, żebym
podpisał papiery kończące trasę. Trzy minuty mi to zajęło. Dłużej miejsca
szukałem. A ty załatwiłaś wszystko?- Poddaję się w poszukiwaniach, obiecując
sobie, że w najbliższym czasie dołożę kolejną płytę do kolekcji.
-Babu wszystkim się zajmuje. Jak
tylko składam autografy na dokumentach jako właścicielka.
* * *
Stoję na brzegu basenu, myśląc o
zbliżających się urodzinach Jareda i Constance, a właściwie tym, co ich dać.
Słońce powoli zachodzi, więc wpatruję się jak znika za wzgórzem z wielkim
napisem „Hollywood”.
-O czym tak mylisz?- Pyta Jay,
narzucając mi bluzę na ramiona.- Nie
zimno ci?- Obejmuje mnie od tyłu, kładąc dłonie na brzuchu, a głowę na moim ramieniu.
-Jest w sam raz.- Uśmiecham się,
cmokając go w policzek.- Zastanawiam się nad prezentem dla Connie i dla
ciebie.- Mówię, zgodnie z prawdą, a ten puszcza mnie i pojawia się przede mną.
-Wy jesteście moimi prezentami.-
Pierwsze całuje mnie, a potem nachyla się i cmoka brzuch, by znów się wyprostować.-
Ale odnośnie mamy trzeba się zastanowić.- Wzdycha.- Porozmawiam o tym z
Shannonem. Może on coś wymyśli.
-Jay, chciałam o czymś z tobą
porozmawiać.- Odzywam się, w zasadzie nawiązując do mojej rozmowy z Patrickiem.
Niebieskooki marszczy brwi, wpatrując się we mnie.- Rozmawiałam dzisiaj z Patem
i uświadomił mi, że niepotrzebnie coś przed sobą ukrywamy. Bardzo się boję, o
to co będzie, czy nie skończy się tak jak ostatnio.- Zagryzam wargę, próbując
odpędzić łzy, tak jak za każdym razem, gdy pomyślę o Melody. Chociaż teraz i
tak jest już lepiej. Muzyk podnosi dłonie i odkłada je na moich policzkach, po
czym dotyka swoimi ustami moje czoło, a z moich oczu wypływają pierwsze łzy.
-Ja też się boję, Aniele, ale
czuję, że będziemy szczęśliwi. Wierzę w to i ty też musisz zacząć. Musisz być
spokojna, nie musisz się denerwować. Nawet tym, że przez następny rok pewnie
nie będziemy mogli spokojnie przespać chociaż jednej nocy.- Uśmiecham się mimo
słonych kropel na policzkach.
-Marzę o tym.- Szepczę, a on
opiera czoło na moim.
-Ja też, ale jednak wolałbym mieć
twój mocny sen.- Śmieję się cicho, podobnie jak on, a gdy milkniemy, dociera do
nas dzwięk dzwonka do drzwi. Młodszy Leto cmoka mnie w nos.- Pójdę odtworzyć.-
Oznajmia, oddalając się lekko. Moment później znika w budynku. Powoli podążam
za nim. Wchodzę do dużego, przestronnego salonu, a przez niego przechodzę do
przedpokoju. Podnoszę się na palcach próbując dostrzec za stojącym w drzwiach
Jardem naszego gościa. Ale zanim go widzę, dociera do mnie jego głos i od razu
go rozpoznaję, bo przez całe dzieciństwo, to właśnie on czytał mi bajki.
-Jest Olivia w domu? Chciałbym z
nią porozmawiać.- Muzyk odwraca isę, zapewne chcąc mnie zawołać, ale wpada na
mnie.
-Nic ci nie jest?- Pyta z troską,
a ja go cmokam lekko z uśmiechem.
-Nic, a nic.- Odwracam głowę do
naszego gościa, stojącego w drzwiach.- Cześć, Henry. Coś się stało?- Zwracam
się do starszego mężczyzny, którego od dziecka traktowałam jak dziadka, chociaż
nim nie był. Koło jego stóp dostrzegam worek marynarski. Marszczę brwi.
-Czy mógłbym u was przenocować?-
Pyta, robiąc przy tym proszącą miną.
-Co to za pytanie? Oczywiście, że
możesz. Obraziłabym się, gdybyś poszedł gdzieś indziej.- Wpuszczam go do
środka.
-Obiecuję, że jutro znajdę sobie
coś innego.- Zaczyna.
-Nie ma mowy. Możesz tu mieszkać
ile tylko zechcesz.- Odzywa się mój mąż, łapiąc jego bagaż.- Zaniosę to do
pokoju gościnnego. Który wybierasz?
-Jeśli to nie problem, to ten
obok biura Olivii z widokiem na ogród, na drugim piętrze.- Mówi, uśmiechając
się nieśmiało. Jay znika na górze, a ja siadam z Scroggsem na sofie w salonie.
-Co się stało?
-Wygląda na to, że się rozwodzę.
Mam tego wszystkiego dość.- Wyrzuca z siebie, opadając na oparcie.- Przestałem
się oszukiwać. Ona mnie nigdy nie pokocha. Skoro nie zrobiła tego w ciągu tylu
lat, to chyba muszę wreszcie się poddać.- Przyglądam mu się z szeroko otwartymi
oczami. Co jak co, ale Alice była złą matką, złą babcią, czasem złą żoną, ale
przez tyle lat Henry jakoś dawał sobie z nią rade i naprawdę było widać, że kocha
ją całym sercem. Można to było dostrzec choćby w jego oczach, które błyszczały
za każdym razem, gdy na nią spojrzał.- Tak właściwie, powinienem to zrobić już
prawie 60 lat temu. Może jakimś cudem udałoby mi się uzyskać prawo do opieki
nad Elizą.- Wzdycha, zapewne zarzucając sobie, że tego nie zrobił.- Nie
musiałaby się wtedy z nią ciągle kłócić.
-Nie mogłeś nic zrobić.- Odzywam
się.- Ale mama bardzo ci kochała, byłeś dla niej najlepszym ojcem, mimo że nie
miała twoich genów. Byłeś dla niej najlepszym wsparciem i zawsze mogła na
ciebie liczyć. Tak jak ja teraz mogę na ciebie liczyć.- Przytulam go, próbując
dać mu jakieś wsparcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz