POSTACIE Strona głóna

wtorek, 21 lutego 2017

84. LĘKI I OBAWY

21 grudzień 2011


Schodzę po metalowych schodkach do baru, gdzie za ladą stoi Patrick i poleruje szklanki do whisky. Podchodzę bliżej i siadam na stołku przed nim, a gdy tylko  mnie zauważa, na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
-Co tu robisz? Powinnaś odpoczywać w domu.- Poważnieje, a ja wzdycham cicho.
-Ty też? Wpadłam do studia, zanieść dokumenty od Chestera, bo Babu zapomniał po nie przyjechać.- Tłumaczę.- A poza tym ciąża to nie choroba. Nie umiem siedzieć i nic nie robić przez cały czas.- Mężczyzna  obchodzi bar na około i siada obok mnie, bo w lokalu jest tylko czterech klientów, grających w rogu w karty.
-Jak się czujesz?
-Dobrze, nawet bardzo dobrze. Czuję się tak, że chyba bym mogła góry przenosić.- Dłoń blondyna ląduje na moim dość dużym brzuchu.
-Cześć, Mały. Kiedyś ten bar będzie twój, słyszysz?- Śmieję się cicho.
-Skąd wiesz, że to nie dziewczynka?- Foley prostuje się gwałtownie i unosi jedną brew w górę.
-A skąd wiesz, że to nie chłopczyk?- Przechyla głowę w bok, po czym znów nachyla się do brzucha.- Nawet jak będziesz dziewczynką, to Vinyl będzie twój.
-Ty lepiej tak nie obiecuj, bo przyjdzie Jake i się oboje rozczarujecie.- Pat znów się prostuje i przygląda mi.
-Wymyśliliście już imię?- Przeczę ruchem głowy.- Będzie dobrze, zobaczysz.- Biorę głęboki wdech.
-Boję się, Pat.- Wyznaję wreszcie to z siebie wyrzucając.- Nie mówiłam o tym Jaredowi, bo wiem, że też  cały czas chodzi podenerwowany i nie chcę mu dokładać nowych zmartwień.
-Lee, on nie mówi ci tego samego, z takiego samego powodu. Musicie poważnie ze sobą porozmawiać, nie ukrywając niczego przed sobą.
-Skąd wiesz, że to o to mu chodzi?- Ignoruję jego prośbę i wyciągam z torebki butelkę wody, chcąc się napić.
-Bo wpada do mnie co jakiś czas i jestem o wszystkim na bieżąco informowany.- Zatrzymuję butelkę w połowie drogi do ust.
-Naprawdę? Kiedy on tu przychodzi? Prawie cały czas jest w domu w studio albo w Labie.- Dziwię się, ale taka prawda. Odkąd dowiedzieliśmy się o ciąży, Jared ogranicza jakiekolwiek wyjścia i chce spędzać czas ze mną albo po prostu być blisko i mieć wszystko pod kontrolą.
-No wcześniej pomagałem remontować dom, a przez te kilka dni, wpadł do mnie już trzy, czy nawet cztery razy. Wstępuje jak go wyślesz do twojego studia.
-Tylko mam nadzieję, że nic nie pije.- Grożę mu palcem, jakby był dzieckiem.
-Tylko  wodę. Nawet nic innego mu nie proponuję, bo zawsze przyjeżdża samochodem. A ty przyjechałaś sama?
-Z Jaredem. Zostawił mnie w studiu, a sam pojechał do wytwórni, bo wczoraj do niego dzwonili. Zaraz ma po mnie wrócić.- Kończę moją wypowiedz, a moja komórka się odzywa. Spoglądam na ekran, na którym wyświetla się zdjęcie młodszego Leto.- O wilku mowa.- Mruczę, po czym odbieram.- Tak?
-Gdzie jesteś? Czekam pod budynkiem.
-Jestem w barze. Mam wyjść czy wpadniesz tu?
-Chyba raczej musisz wyjść, bo nigdzie nie mogę znaleźć miejsce do parkowania, ale pozdrów Foleyów.
-W takim razie za moment będę.- Rozłączam się.- Masz pozdrowienia od Jareda.- Podnoszę się ze stołka.- Już na mnie czeka, więc będę się zbierać.- Blondyn również się podnosi, więc teraz jest prawie wyższy o głowę ode mnie.- Wpadnijcie do nas z Jakiem kiedyś.- Podnoszę się na palcach i całuję go w policzek.
-Trzymaj się i porozmawiajcie tak szczerze.- Zostaje przy ladzie, a ja wspinam się po schodach do wyjścia. Po chwili stoję na chodniku, a na poboczu zatrzymuje się samochód mojego męża. Wsiadam do pojazdu i od razu witam się z nim pocałunkiem.
-Chcesz jeszcze gdzieś jechać czy wracamy?- Pyta, wyjeżdżając na ulicę.
-Jedzmy do domu.- Zapinam pasy, a ten zatrzymuje się na światłach i spogląda na mnie.
-Wszystko dobrze? Dobrze się czujesz?- Dopytuje, a ja uśmiecham się szeroko.
-Jay, wszytko w porządku. Nie denerwuj się. Nic mi nie jest. Cała i zdrowa wróciłam, widzisz?- Przechylam głowę w prawo, obserwując jak jego twarz lekko się rozluźnia. Pojawia się zielone światło, więc niebieskooki rusza.
-Jakby coś się działo, musisz mi od razu o tym powiedzieć, dobrze?
-Dobrze, Kochanie. Jak było w wytwórni?- Otwieram schowek i szukam ostatnio nagranego demo nowej płyty.
-W zasadzie chcieli tylko, żebym podpisał papiery kończące trasę. Trzy minuty mi to zajęło. Dłużej miejsca szukałem. A ty załatwiłaś wszystko?- Poddaję się w poszukiwaniach, obiecując sobie, że w najbliższym czasie dołożę kolejną płytę do kolekcji.
-Babu wszystkim się zajmuje. Jak tylko składam autografy na dokumentach jako właścicielka.
                                *                      *                      *
Stoję na brzegu basenu, myśląc o zbliżających się urodzinach Jareda i Constance, a właściwie tym, co ich dać. Słońce powoli zachodzi, więc wpatruję się jak znika za wzgórzem z wielkim napisem „Hollywood”.
-O czym tak mylisz?- Pyta Jay, narzucając mi bluzę na  ramiona.- Nie zimno ci?- Obejmuje mnie od tyłu, kładąc dłonie na brzuchu, a  głowę na moim ramieniu.
-Jest w sam raz.- Uśmiecham się, cmokając go w policzek.- Zastanawiam się nad prezentem dla Connie i dla ciebie.- Mówię, zgodnie z prawdą, a ten puszcza mnie  i pojawia się przede mną.
-Wy jesteście moimi prezentami.- Pierwsze całuje mnie, a potem nachyla się i cmoka brzuch, by znów się wyprostować.- Ale odnośnie mamy trzeba się zastanowić.- Wzdycha.- Porozmawiam o tym z Shannonem. Może on coś wymyśli.
-Jay, chciałam o czymś z tobą porozmawiać.- Odzywam się, w zasadzie nawiązując do mojej rozmowy z Patrickiem. Niebieskooki marszczy brwi, wpatrując się we mnie.- Rozmawiałam dzisiaj z Patem i uświadomił mi, że niepotrzebnie coś przed sobą ukrywamy. Bardzo się boję, o to co będzie, czy nie skończy się tak jak ostatnio.- Zagryzam wargę, próbując odpędzić łzy, tak jak za każdym razem, gdy pomyślę o Melody. Chociaż teraz i tak jest już lepiej. Muzyk podnosi dłonie i odkłada je na moich policzkach, po czym dotyka swoimi ustami moje czoło, a z moich oczu wypływają pierwsze łzy.
-Ja też się boję, Aniele, ale czuję, że będziemy szczęśliwi. Wierzę w to i ty też musisz zacząć. Musisz być spokojna, nie musisz się denerwować. Nawet tym, że przez następny rok pewnie nie będziemy mogli spokojnie przespać chociaż jednej nocy.- Uśmiecham się mimo słonych kropel na policzkach.
-Marzę o tym.- Szepczę, a on opiera czoło na moim.
-Ja też, ale jednak wolałbym mieć twój mocny sen.- Śmieję się cicho, podobnie jak on, a gdy milkniemy, dociera do nas dzwięk dzwonka do drzwi. Młodszy Leto cmoka mnie w nos.- Pójdę odtworzyć.- Oznajmia, oddalając się lekko. Moment później znika w budynku. Powoli podążam za nim. Wchodzę do dużego, przestronnego salonu, a przez niego przechodzę do przedpokoju. Podnoszę się na palcach próbując dostrzec za stojącym w drzwiach Jardem naszego gościa. Ale zanim go widzę, dociera do mnie jego głos i od razu go rozpoznaję, bo przez całe dzieciństwo, to właśnie on czytał mi bajki.
-Jest Olivia w domu? Chciałbym z nią porozmawiać.- Muzyk odwraca isę, zapewne chcąc mnie zawołać, ale wpada na mnie.
-Nic ci nie jest?- Pyta z troską, a ja go cmokam lekko z uśmiechem.
-Nic, a nic.- Odwracam głowę do naszego gościa, stojącego w drzwiach.- Cześć, Henry. Coś się stało?- Zwracam się do starszego mężczyzny, którego od dziecka traktowałam jak dziadka, chociaż nim nie był. Koło jego stóp dostrzegam worek marynarski. Marszczę brwi.
-Czy mógłbym u was przenocować?- Pyta, robiąc przy tym proszącą miną.
-Co to za pytanie? Oczywiście, że możesz. Obraziłabym się, gdybyś poszedł gdzieś indziej.- Wpuszczam go do środka.
-Obiecuję, że jutro znajdę sobie coś innego.- Zaczyna.
-Nie ma mowy. Możesz tu mieszkać ile tylko zechcesz.- Odzywa się mój mąż, łapiąc jego bagaż.- Zaniosę to do pokoju gościnnego. Który wybierasz?
-Jeśli to nie problem, to ten obok biura Olivii z widokiem na ogród, na drugim piętrze.- Mówi, uśmiechając się nieśmiało. Jay znika na górze, a ja siadam z Scroggsem na sofie w salonie.
-Co się stało?
-Wygląda na to, że się rozwodzę. Mam tego wszystkiego dość.- Wyrzuca z siebie, opadając na oparcie.- Przestałem się oszukiwać. Ona mnie nigdy nie pokocha. Skoro nie zrobiła tego w ciągu tylu lat, to chyba muszę wreszcie się poddać.- Przyglądam mu się z szeroko otwartymi oczami. Co jak co, ale Alice była złą matką, złą babcią, czasem złą żoną, ale przez tyle lat Henry jakoś dawał sobie z nią rade i naprawdę było widać, że kocha ją całym sercem. Można to było dostrzec choćby w jego oczach, które błyszczały za każdym razem, gdy na nią spojrzał.- Tak właściwie, powinienem to zrobić już prawie 60 lat temu. Może jakimś cudem udałoby mi się uzyskać prawo do opieki nad Elizą.- Wzdycha, zapewne zarzucając sobie, że tego nie zrobił.- Nie musiałaby się wtedy z nią ciągle kłócić.
-Nie mogłeś nic zrobić.- Odzywam się.- Ale mama bardzo ci kochała, byłeś dla niej najlepszym ojcem, mimo że nie miała twoich genów. Byłeś dla niej najlepszym wsparciem i zawsze mogła na ciebie liczyć. Tak jak ja teraz mogę na ciebie liczyć.- Przytulam go, próbując dać mu jakieś wsparcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz