POSTACIE Strona głóna

niedziela, 26 lutego 2017

85. URODZINY SHANNONA

9 marzec 2012



Wchodzę do łazienki i uśmiecham się szeroko do Olivii leżącej we wannie. Z wody wystaje już dość zaokrąglony brzuch. Odkładam ręcznik na półkę obok i siadam na puchatym dywaniku. Czarnowłosa głaska brzuch, a ja opieram brodę na kolanie.
-Chyba musimy zacząć myśleć nad imieniem.- Odzywam się, a ona spogląda na mnie tymi swoimi zielonymi oczętami. Widzę w nim przebłysk smutku. Spoglądam na maleńki tatuaż pod lewym obojczykiem. Triada, która kiedyś była symbolem Elizabeth, Terrego i dziewczyny, z dnia na dzień stał się symbolem naszego zjednoczenia z maleńką Melody.
-Nie wiemy nawet czy to dziewczynka czy chłopiec.- Mówi po chwili.
-Możemy pomyśleć nad dwoma imionami, a po porodzie po prostu nazwiemy dziecko zgodnie z płcią.
-A to nie jest za wcześnie?- Nabiera powietrza, ciągle mi się przyglądając.
-W skali od jeden do dziesięć, jak bardzo boisz się o nasze maleństwo?- Pytam.
-Dziesięć.- Wyszeptuje, a po jej policzku spływa samotna łza.- Nie chcę go stracić.
-Nie stracimy, bo to dziecko jest naszym prywatnym cudem.- Podnoszę się i całuję ją w czoło, po czym cmokam brzuch.- A teraz wychodź, bo za godzinę musimy być na przyjęciu.- Podnoszę się i rozkładam ręcznik, by czarnowłosa mogła się nim obwinąć, co też robi.- Wiesz już w co się ubierzesz?- Pomagam jej wyjść z wanny i wyciągam korek, spuszczając wodę.
-A co mi pozostało? Same „sukienki” ciążowe.- Robi cudzysłów w powietrzu, wykrzywiając się w zabawny sposób.- A no i jeszcze te szerokie swetry, ale one raczej nie nadają się na klimat panujący w LA.
-No raczej nie bardzo. A one nie zostały w Nowym Yorku?- Pytam, nakładając pastę na szczoteczkę, podczas gdy moja żona ubiera się.
-Jak wracaliśmy w tą śnieżycę, to założyłam trzy na siebie.- W lusterku dostrzegam jej uroczy uśmiech.- Mogłabym już wrócić do wcześniejszej figury.- Przegląda się na wszystkie strony i nagle łapie za brzuch.
-Coś się stało?- Podbiegam do niej i pomagam usiąść na krawędzi wanny.- Olivia, mam wzywać pogotowie?- Czarnowłosa wciąga gwałtownie powietrze
 -Nie, to tylko mały skurcz.- Prostuje się i spogląda na mnie.- Pani doktor mówiła, że w ostatnich tygodniach mogą się takie pojawiać.- Kucam przed nią i chwytam za jej kolano.
-Jesteś pewna?- Kobieta kładzie mi dłoń na policzku i delikatnie głaska.
-Na pewno. Termin mam dopiero za dziesięć dni.- Uśmiecha się lekko.- A teraz się zbieraj, bo się spóźnimy.- Całuje mnie, po czym się podnosi.
-Aniele…- Zaczynam.
-Nic się nie dzieje. A teraz do roboty. Wiesz, jak dawno nie widziałam się z Jakiem i dzieciakami?- W sekundę jej humor się poprawia, a ja już sam nie wiem, co mam o tym myśleć.
                                *                      *                      *
Siedzę razem z Shannem i Robertem na małej sofie i przyglądamy się jak nasi najbliżsi świetnie się bawią na urodzinach najstarszego z nas. Jakiś czas temu moja żona poszła pobawić się z dziećmi swojego „cholernego przyjaciela”.
-Jay, a ty co taki zamyślony?- Obok mnie pojawia się Jack. O wilku mowa. Siada na podłokietniku obok mnie.
-Martwię się o Olivię.- Mówię, a moi współtowarzysze nagle odwracają głowy w naszą stronę. Widzę ich pytający wzrok, więc od razu tłumaczę o co mi chodziło.- Co jakiś czas ma skurczę.
-W ostatnim miesiącu to normalka.- Gillis klepie mnie po ramieniu.- Karen się z tym strasznie męczyła.- Nagle komórka w mojej kieszeni wibruje. Wyciągam ją i szybko odblokowuje, po czym sprawdzam SMS-a.- Hej, Jared, co jest? Zbladłeś nagle.- Bez słowa unoszę komórkę na wysokość jego twarzy, by mógł przeczytać trzy słowa od czarnowłosej, a dokładnej: „Wody mi odeszły.”- Gdzie ona jest?- Czarnowłosy zrywa się, podobnie jak ja.
-Co się dzieje?- Rzucam telefon bratu, żeby sam mógł sobie odpowiedzieć na to pytanie, po czym razem z Whitem biegnę w kierunku, w którym ostatnio zmierzała dziewczyna.
                                *                      *                      *
Prowadzę czarnowłosą pod rękę w kierunku wskazanym przez pielęgniarkę. Całe szczęście, że Jack pojechał z nami i został w recepcji, by podać wszystkie szczegółowe informacje. Nagle przed nami pojawia się mężczyzna, który tak dawno zniknął z mojego życia, że nie sądziłem, że jeszcze kiedyś do zobaczę. Zatrzymuję się i wpatruję się w niego jak zaczarowany.
-Carl?- Odzywam się w końcu, a dziewczyna obok mnie, ściska moją rękę, tak, że od razu przypominam sobie co tu robię. Omijam mężczyznę i prowadzę moją żonę na porodówkę, gdzie niestety nie mogę wejść. No świetnie! Krążę po korytarzu, zastanawiając się co mam robić, dopóki koło mnie nie pojawia się White.
-Hej, Leto, spokojnie.- Klepie mnie po ramieniu, co sprowadza mnie na ziemię.- Nie denerwuj się tak. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, a teraz siadaj.- Wskazuje na plastikowe krzesełko. Posłusznie wykonuję jego polecenie.- Oddychaj spokojnie. Wdech i wydech. No już.- Mrożę go spojrzeniem.
-Pomyliłeś mnie z kimś. To się mówi kobiecie, która rodzi.
-Albo zdenerwowanej kurze, która się stresuje.- Już mam reagować na tą zniewagę, gdy na korytarzu pojawia się Shannon, Babu, mama, Terry… W zasadzie połowa gości z urodzin brata plus Henry i Foleyowie. Podnoszę się i mocno ściskam moją rodzicielkę, która wcześniej wtuliła się w moje ciało.
-Synuś, będzie dobrze, zobaczysz.- Mówi, oddalając się na kilka centymetrów i wpatrując we mnie.
-Mamo, spotkałem tu Carla.- Kobieta uchyla lekko usta na wiadomość o swoim byłym mężu, po którym mamy nazwiska.- A przynajmniej tak mi się wydaje, że to on.
-Nie martw się nim.- Odzywa się, przejeżdżając po moich włosach dłonią.- Nie wiesz co z Olivią?- Przeczę ruchem głowy.- W takim razie może usiądźmy i czekajmy na jakieś nowiny.- Wracam na moje poprzednie miejsce, a oni razem ze mną.
                                *                      *                      *
Drzwi do sali się otwierają i wychodzi z nich młoda kobieta. Zatrzymuje się przed nami i z zaciekawieniem przygląda naszej grupce. Za to my wpatrujemy się w nią z oczekiwaniem. Przełykam ślinę, a moje serce bije w zaskakującym tempie.
-Który z panów to pan Leto?- Pyta, a ja zrywam się z plastikowego krzesełka, podobnie jak Shaannon. Lekarka robi jeszcze bardziej zdziwioną minę niż moment wcześniej.- A który z panów to mąż pani Leto?
-To ja.- Odzywam się, chociaż nie do końca jestem pewny własnego głosu. Wstrzymuję powietrze, czekając na jej dalszą wypowiedz.
-Gratulacje, ma pan córeczkę.- Uśmiecha się, a ja nie mam pojęcia co powiedzieć. Słyszę pisk szczęścia za sobą.- Może pan wejść do żony.- Odwracam się i uśmiecham lekko do pozostałych. Idę za kobietą do pomieszczenia, gdzie na łóżku leży Olivia z małym dzieckiem na rękach, z moją małą córeczką. Podchodzę bliżej, a czarnowłosa zagryza wargę, uśmiechając się i jednocześnie spoglądając na mnie.
-Jest piękna.- Przyglądam się maleńkiej jak zaczarowany. Ma zieloniutkie oczka i blond włoski, a właściwie to białe, czego akurat nie za bardzo rozumiem.
-Wiem.- Mówi, wpatrując się we mnie, a ja znów wpatruję się we włoski mojego dziecka.- Pani doktor mówi, że one jeszcze ściemnieją. Zresztą, ja też byłam blondyneczką. – Uśmiecha się, po czym ziewa. Przypominam sobie jej zdjęcie z porodówki, na którym rzeczywiście ma jasne włosy, całkowicie inne od jej czarnych, teraz związanych w wysokiego kucyka.
-Wyślę wszystkich do domu i zaraz wracam.- Mówię, odwracając się.- Widzę, że jesteś zmęczona.- dodaje, pochodząc do drzwi. Wychodzę na korytarz, zamykając za sobą sale.- Olivia jest wymęczona i chyba lepiej będzie jak po prostu pojedziecie do domu.- Po korytarzu roznosi się wspólny jęk niezadowolenia.- Nie marudźcie, tylko jedzcie się przespać, jest już późno.
-Ja jako ojciec Olivii, powinienem sprawdzić czy nic jej nie jest.- Odzywa się Terry, podnosząc z krzesełka i stając z bojowniczą miną przede mną.
-Zobaczysz się z nią jutro, obiecuję.- Wzdycham, ale ten nie ustępuje.
-To moja córka.- Patrzy wprost w moje oczy, a ja poddaję się. Chyba powinienem odpocząć, bo uległem nawet jemu.
-No dobra, ale tylko ty.- Z siedzenia podnosi się Constance.
-Ja też chcę. Traktuję Olivię jak córkę.- Uśmiecha się lekko do mnie.
-Ja naprawdę nie wierzę, w to co robię.- Mruczę.- Tylko wy.- Wskazuję na nich palcem.
-A ja?- Odzywa się Henry.- Przecież oni mogą je zobaczyć jutro, a ja jestem tu najstarszy i mogę w każdej chwili paść trupem.
-To może sprawiedliwiej będzie jak nikt ich nie zobaczy?- Rzucam
-A jeszcze lepiej jak wszyscy.-Otwieram usta, chcąc się sprzeciwić Shannonowi, ale koło mnie zatrzymuje się pani doktor.
-Pan Leto ma racje.- Mówi.
-Widzicie? Idziemy wszyscy!- Mój brat jest chyba z siebie zadowolony.
-Znaczy ten drugi pan Leto.- Kobieta wskazuje na mnie.- Dzisiaj raczej już nie możecie wejść na sale. Pani Olivia jest bardzo zmęczona porodem i jedyną osobą, która może z nią zostać jest ten pan Leto.- Wskazuje na mnie.
-No widzicie? Wracajcie do domu.- Grupka niechętnie zaczyna się zbierać, a gdy tylko wszyscy znikają, wracam do żony i córeczki. Mała śpi już włożona do specjalnego łóżeczka, a oczy zielonookiej powoli opadają.- Poszli sobie.- Mówię szeptem, a ta spogląda na mnie, rozbudzając się troszkę.- Idź spać. Ja was popilnuję.- Siadam na krzesełku obok szpitalnego łóżka, ale ta mierzy mnie wzrokiem.- No co?
-Chodź do mnie.- Przesuwa się odrobinę i unosi róg kołdry, zachęcając mnie do położenia się obok niej. Długo namawiać mnie nie musiała, bo po chwili oboje leżymy wtuleni w siebie. Całuję ją w czoło, a ona powoli zasypia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz