Podnoszę się z łóżka i jak
najciszej się da wychodzę z pokoju. Przez moment nasłuchuję, czy aby na pewno
wszyscy jeszcze śpią, a gdy nie dociera do mnie ani jeden szmer przystępuję do
działanie. Wchodzę do łazienki i jak najszybciej wylewam szampon Nikki do
zlewu, a następnie wlewam do buteleczki farbę do włosów, która ma zmienić te
blond kudły na czerwone. Może wtedy będzie milsza. Moment później jestem z
powrotem w pokoju. Z notatnika wyrywam kartkę i bazgram na niej krótkie
wyjaśnienia, dlaczego ojciec nie zastanie mnie rano w mieszkaniu. Zabieram swój
bagaż i wychodzę, zostawiając otwarte drzwi. Ojciec i tak nigdy ich nie zamyka,
więc o nic się nie martwię. Na dole żegnam się z panem Brucem, który jak zwykle
pilnuje czy nikt nieupoważniony nie wchodzi do budynku. Wychodząc na ulice, na
których powoli zaczynają pojawiać się poranni biegacze, zastanawiając się jednocześnie
czy portier kiedykolwiek śpi.
* * *
Wychodzę z lotniska już w moim
ukochanym Los Angeles i pierwsze co robię to podchodzę do budki telefonicznej.
Wrzucam monetę i wykręcam numer do jedynej odpowiedniej osoby w tym momencie.
Po chwili odbiera.
-Halo?
-Jake? Tu Olivia.- Odzywam się.
-Lizi, coś się stało? Nie jesteś
u ojca?- Mężczyzna zasypuje mnie pytaniami. Biorę głęboki wdech i odpowiadam.
-Jestem na lotnisku w LA. Mógłbyś
po mnie przyjechać? Wydałam wszystkie pieniądze na bilet i nie mam na taksówkę.
-Będę za półgodziny. Nie ruszaj
się nigdzie.- Rozłącza się, a mi zostaje jedynie czekanie na niego. Odwracam
się wokół własnej osi, szukając jakiegoś odpowiedniego miejsca po przeczekania.
Na prawo jest jakaś kawiarnia, ale nic mi już nie zostało, więc automatycznie
skreślam ją z listy. Na to wygląda, że muszę poczekać na ławce. Wyjmuję z
plecaka książkę i wgłębiam się w lekturę. Jakiś czas później tuż przy mnie
zatrzymuje się czarny jeep. Ze środka jak oparzony wyskakuje blondyn i obejmuje
mnie mocno.- Nic ci nie jest? Wszystko w porządku? Miałaś wrócić za tydzień.
-Jestem cała.- Uśmiecham się.-
Możemy już jechać. Mam przeczucie, że Terry już zadzwonił do mamy.- Zagryzam
wargę.
-Co znów zmalowałaś?- Blondyn
wywraca oczami, a ja wybucham śmiechem.
-Opowiem ci, jak ruszymy.-
Wsiadamy do samochodu i pierwsze co robię, to włączam radio.
-Więc?- Zdaję sobie sprawę z
tego, że starszy Foley umiera z ciekawości, więc nie chcąc go dłużej męczyć,
zaczynam.
-Otóż trochę pokłóciłam się z
Nikki i wpadłam na genialny pomysł.- Uśmiecham się szeroko.
-Czy twój ojciec może stracić
przez to życie?- Mężczyzna wyjeżdżam z wielkiego parkingu, a ja wzruszam
ramionami.
-Mam nadzieję, że nie, chociaż to
całkiem możliwe, bo zamieniłam jej szampon na czerwoną farbę.
-Nie wystarczyło ci zgolenie brwi
na feriach zimowych?- Pyta, a ja po raz kolejny się śmieję.
-Może gdyby nie odrosła… Mam dość
tej baby. Nie rozumiem co ojciec w niej widzi.- Wzdycham.- Myślisz, że się na
mnie wkurzył?- Drapię się w głowę.
-Za bardzo cię kocha, żeby
gniewać się za taka głupotę. Ale może następnym razem nie rób takich głupstw,
albo chociaż nie zostawiaj go na pastwę gniewu Nikki, bo w końcu zginie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz