Odkładam kolejną mokrą, już
chusteczkę na przepełniony, szklany stolik, gdy po mieszkaniu roznosi się
pukanie. Podnoszę się, biorąc głęboki wdech, jednocześnie próbując się
uspokoić. Jednak gdy otwieram drzwi, z moich oczu nadal spływają łzy. Za
progiem stoi czarnowłosy, którego dostrzegam tylko zamglony kontur. Na mój
widok marszczy brwi.
-Jack? Co tu robisz?- Pytam,
pociągając nosem.
-Mam koncert we Francji. Dlaczego
płaczesz? Coś się stało?- Widzę na jego twarzy zmartwienie.
-Wchodź do środka. Nie będziemy
tak stać w progu.- Przechodzimy do salonu.- Napijesz cię czegoś?- Przecieram
oczy, ale łzy nie odpuszczają.
-Nawet mnie nie denerwuj. Siadaj
i mów co się dzieje.- Sadza mnie na sofie, a sam zajmuje miejsce obok mnie.-
Tym bardziej ta sterta chusteczek mnie niepokoi. Zużyłaś całe pudełko?
-Prawie.- Zagryzam wargę.
-Coś się stało z Jaredem? Terrym?
Kimś z twojej rodziny?- Dopytuje, a ja przeczę ruchem głowy.- To co się stało?
-Byłam dzisiaj u lekarza…-
Zaczynam, ale muzyk mi przerywa.
-Jesteś chora?- Uśmiecham się
lekko, widząc jak bardzo się tym przejmuje.
-Nie. Jestem w ciąży.- Po raz
kolejny pociągam nosem, a ten znów marszczy brwi.
-Nie cieszysz się?
-Bardzo się cieszę. Nigdy nie
byłam tak szczęśliwa, po prostu byłam na USG i słyszałam bicie serca tej małej
istotki. Od tamtej pory płaczę.- Wycieram łzy dłonią, po raz kolejny próbując
się uspokoić i tym razem mi chyba wychodzi, bo wyrównuję oddech.- Nawet nie
wiesz, jak ludzie w metrze się na mnie gapili.- Mężczyzna prycha, całując mnie
we włosy.
-Jesteś totalnie niepoprawna.
Nawet nie wiesz jak się przestraszyłem.- Kręci głową z politowaniem.- Jak
zareagował na to Leto?- White opada na oparcie kanapy.
-Jeszcze nie wie.- Mój przyjaciel
unosi prawą brew w górę.- Nie chcę go martwić. Kręci teraz film, ma trasę.-
Mruczę.
-Z tego co wiem, to trasa trwa do
czerwca, czy nawet lipca, więc raczej nie ukryjesz tego do tego czasu.- Śmieję
się.
-Przynajmniej do jego urodzin.
Mam nadzieję, że się wtedy zjawisz.- Robię proszącą minkę.- Chociaż w sumie to
święta, więc się nie obrażę, ale zrobię ci dużo zdjęć.
-Mam nadzieję.- Uśmiecha się.- A
teraz mam ochotę na kawę.- Podnosi się.- Zrobić ci?
-Ja zrobię.- Mówię, idąc jego
przykładem.
-Poradzę sobie. Ty nie możesz się
teraz przemęczać.- Krzywię się, mimo wszystko podążając za nim do kuchni.
Obserwuje jak przeszukuje szafki, szukając zapewne kubka.
-Właśnie dlatego nie mówiłam o
tym Jaredowi. Jesteście tacy sami.- Podchodzę do niego i otwieram szafkę, w
której przetrzymuję kolekcje naczyń, poszukiwanych przez niego. Wyjmuję dwa z
nich. Jeden z Kubusiem Puchatkiem, kupiony na targu, gdy zwiedzaliśmy Paryż w
wolny weekend z Jayem i drugi z Kłapouchym z tego samego miejsca, ale kupiony
kiedy indziej.
-Martwimy się o ciebie.- Wzrusza
ramionami.- Porównujesz mnie do tego pesymisty?- Wskazuje na rysunek na kubku.
-Tak, a siebie do grubego
Kubusia. Ty to masz czasem kosmiczne pomysły.- Mruczę.
-No co? Za niedługo będziesz
miała jeszcze większy.- Na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
-Czy mi się zdaje, czy robisz się
coraz wredniejszy?- Opieram się o blat, jednocześnie wrzucając do mojego
naczynia torebkę z herbatą.
-Tak to już bywa. Gdzie trzymasz
kawę?
-Stoi przed tobą, ślepcu.-
Wskazuje na słoik ze zmielonymi ziarnami, znajdujący się centralnie przed
muzykiem.- Do kiedy będziesz w Paryżu?
-Jutro z samego rana lecę z Meg
do NY, a czemu pytasz?- Robię dziubek, zastanawiając się nad jedną rzeczą.
-Macie jeszcze miejsce w bagażu?-
Przyglądam się jak zalewa nasze kubki wodą.
-U mnie w torbie jest sporo
miejsca. Zgaduję, że mam coś przekazać twojemu ojcu?
-Chyba za dobrze mnie znasz.-
Łapię swoje naczynie i kładę je na stole. John idzie moim przykładem.-
Znalazłam na targu białe i różowe światełka, które mi się przydadzą. Dałbyś
radę je przewieść, tak, żeby coś z nich zostało?
-Myślę, że to da się zrobić,
aczkolwiek zdjęcia z niespodzianki muszą trafić do mnie, bo ciekawi mnie w jaki
sposób to zaplanowałaś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz